W sali czekał na nich Voldemort i Snape. Chłopcy skłonili się przed pierwszym i wyciągnęli różdżki.
- Schowajcie je. Najpierw popracujemy nad waszą kondycją. Dwadzieścia kółeczek, biegiem.
spojrzeli po sobie przerażeni, bo sala była ogromna, ale zaczęli truchcikiem. Po pięciu okrążeniach dyszeli, a po dziesięciu już ledwo trzymali się na nogach.
- Nie zatrzymywać się! Jesteście w połowie!
Zacisneli zęby i biegli dalej. Zaczęli widzieć ciemne plamy pod oczami, ale nie zatrzymali się. Jeszcze tylko pięć kółek, jeszcze cztery, trzy, dwa, jedno... koniec. Obaj padli na podłogę pół żywi. Voldemort uśmiechnął się wrednie i polał ich wodą z różdżki, na co oni zaczęli się krztusić i prychać, ale byli wdzięczni.
- Wstawać, to dopiero początek! Pięćdziesiąt pompek, już!
Pot splywał po nich strumieniami gdy wykonywali pompki, brzuszki, przysiady i podciągnięcia. Harry nie mógł pozbyć się myśli, że Czarny Pan świetnie się bawi patrząc na ich wysiłki.
- No dobrze, koniec rozgrzewki. Teraz Draco, idź do Severusa, a ty Harry do mnie. snape i Malfoy odeszli na drugi koniec sali i po chwili zaczęli ćwiczyć klątwy. Harry niepewnie zbliżył się do swojego nauczyciela.
- Jak już ci wspominałem, jesteś do mnie podobny. Jednym z tych podobieństw jest umiejętność rozmawiania z wężami, czyż nie?
- Tak, panie.
- Dzięki temu darowi możemy robić rzeczy nieosiągalne dla zwykłych czarodzieji. Otóż chcę cię nauczyć rzucania zaaklęć w języku węży.
- Nie wiedziałem, że to możliwe.
- Ależ jest i to bardzo potężna magia. Są zaklęcia które można rzucać tylko w mowie węży, ale my zaczniemy od tych prostszych. Weź różdżkę.
Czarny Pan zakręcił ręką w powietrzu i znikąd pojawil się stolik z dwiema zielonymi świecami.
- Patrz uważnie. - Voldemort wyciągnął rękę i wysyczał zaklęcie Incendio. Poawił się płomyk. - Teraz twoja kolej.
Harry zrobił tak samo. Gdy wymawiał zaklęcie, poczuł w palcach takie samo ciepło, jak gdy pierwszy raz dotknął swojej różdżki. Tylko że to było potężniejsze. Wyzwolił moc, i nagle odskoczył, gdy stolik stanął w płomieniach. Zrobiło mu się słabo.
- Nie potrafisz się kontrolować. Idź odpocząć, a za godzinę masz się stawić na obiad.
- Tak panie. - Potter skłonił się i wyszedł. Nadal nie miał siły, lecz podobała mu się taka magia. Chciał więcej.
Po obiedzie, na którym nie było Voldemorta, odwiedził go Draco.
- Słuchaj Potter, profesor Snape kazał mi przynieść ci eliksir nasenny. Ja też taki dostałem.
- Po co nam one? Ja na sen nie narzekam.
- Nie wiem, ale najwidoczniej nam się przydadzą, skoro je zrobił. Pewnie coś planują.
- Może. Nie wiesz czemu Czarnego Pana nie było na obiedzie?
- Nie, ale wiesz, ktoś taki jak on ma pewnie mnóstwo pracy. No, to do zobaczenia na kolacji.
- Do zobaczenia.
Nadal czuć było między nimi dystans, ale przynajmniej nie ciskali w siebie zakleciami jak kiedyś. To już jakiś postęp. Potter wziął się do czytania i nie zauważył, jak szybko zleciał mu czas. Na kolacji Severus rozmawiał cicho z jakimś śmierciożercą, lecz kilka razy spojrzał też na Harry' ego i Draco dyskutujących o wszystkim i o niczym. Taka rozmowa była dla obu dość dziwna, ale dobrze się czuli wiedząć, że mają kogoś, kto przeżywa to samo. Po posilku Draco zaprosił Harry' ego do swojego pokoju, bo jak stwierdził, przychodzenie ciągle do kogoś jest poniżej jego godności. Na biorku stał odtwarzacz i pudełko z płytami. Harry wyjął jedną.
- Metallica? nie wiedziałem, że sluchasz mugolskiej muzyki.
- Dobrze grają. Ty Gryfonie ewnie nawet o nich nie ssłyszałeś. Jaka jest twoja ulubiona piosenka, "kociolek pełen gorącej miłości"?
- "Creeping death", jeżeli cię to interesuje.
- Serio? a słyszaleś... - Nie dokończył, bo obaj poczli przeszywający ból w lewej ręce. znaki ich paliły.
- O kurwa... - powiedzieli razem. Założyli swoje czarne szaty i zbiegli na dół do sali, gdzie wchodzili inni śmierciożercy. Ci patrzyli na nich ze zrozumieniem, wiedząc, jak boli pierwsze wezwanie, oraz szokiem, gdy zauwazali Pottera. Dołączyli do klęczących ludzi. Gdy weszli ostatni, Czarny Pan skinął na jakiegoś niskiego sługę, a ten otworzył drzwi i wprowadzil dwóch mugoli. Byli to na oko dziesięcioletni chłopcy, którzy patrzyli na wszystkich przerazonym wzrokiem.
- To taki rodzaj inicjacji. Wiecie co robić. Draco i Harry wyszli z milczącego kręgu. Obaj byli bladzi. Powoli podnieśli różdżki.
- Musicie chcieć, aby cierpieli. Przypomnijcie sobie kogo, kogo nienawidzicie i przełóżcie swoją nienawiść na zaklęcie.
Harry przypatrzył się temu, który klęczał, związany, przed nim. Przypominał mu jednego chłopaka z bandy Dudleya. Pomyślał o Dursleyach, jak go traktowali przez te wszystkie lata. Ostatnio Vernon miał kłopoty w pracy i sie na nim wyżywał.
- Nigdy więcej. - Wyszeptał. - Crucio!
Chłopak zaczął wić się z bólu u jego stóp. Na przemian krzyczał i płakał, blagając o litość oraz ksztusząc się własnymi łzami. A Harry patrzył na niego twardo bez cienia współczucia. Malfoyowi też się w końcu udało, a wrzaski obu mugoli zmieszały się, tworząc upiorną muzykę.
- Dość. - Obaj przerwali zaklęcia. - Skończcie z nimi.
Harry słyszał, jak Draco próbuje zabić swoją ofiarę, lecz mu nie wychodzi. On w tym czasie skupił się na tych, których nienawidził. Wujostwo, Bellatrix, Dumbledore. Na samo wspomnienie o dyrektorze zagotował się z wściekłości. On kierował całym jego zyciem, kłamał, żeby mieć swojego rycerzyka, przez niego zginęli jego rodzice... Wyobraził sobie, że nie patrzy na przerażone dziecko, lecz starego Trzmiela z tym jego obrzydliwym uśmieszkiem.
- Avada Kedawra! - Zielony promień wystrzelił z jego różdżki godzą jeńca w pierś. Gdy jego oczy zaszły mgłą Potter uśmiechnął się do siebie z satysfakcją. Po chwili Draco udało się dobić leżącego przed nim w kałuży krwi chłopaka. Voldemort zaśmiał się zimno, a gdy wsunęli się do kręgu śmierciożerców, zaczął przemawiać. Lecz oczy dwóch chłopaków były zwrócone nie na niego, a na dwa trupy oddzielające ich od Pana.
Gdy Harry sie umył i miał właśnie zażyć eliksir usłyszał ciche pukanie. Bez zaproszenia do pokoju wszedł Draco, ubrany identyczne jak Harry, w czarne spodenki i koszulkę.
- Mogę tu posiedzieć? Ja...
- Siadaj. - Gdy już znaleźli się na łóżku, napili się eliksiru.
- zaraz sobie stąd pójdę. Wpadłem na chwilę.
- Jasne. Jak się czujesz? - Draco był bardzo blady.
- Serio? Strasznie. Ciągle myślę o tym chłopcu, ja go musiałem dobijać, rozumiesz? Nie potrafiłem zabić szybko jak ty.
- Mi też nie jest z ty dobrze. A wiesz ci jest w tym najgorsze? Ja nie żałuję, bo wyobraziem sobie, że to Dumbledore. Ja chcę jego śmierci.
- A dlaczego? Myślałem, że kto jak kto, ale ty z dyrektorem dobrze żyjesz.
- Tak było, ale się dowiedziałem, że...
Rano chłopcy zostali obudzeni przez Minkę. Otwierając powoli oczy stwierdzili, że zasnęli w jednym łóżku. Ba! Trzymali się za ręce! Odsunęli się natychmiast od siebie.
- Tak, to ja już pójdę do siebie. - Draco, jak pierwszy raz nazwał go w myślach Harry, wcale nie był taki, za jakiego go dotąd uważał. Dziwne.
Łączna liczba wyświetleń
czwartek, 2 stycznia 2014
3 Mroczna Prawda
2 Mroczna Prawda
Chłopak obudził się wcześnie. Nie spał dobrze tej nocy i potrzebował chwili aby przypomnieć sobie wydarzenia poprzedniago dnia. Żyletka, list, zamek, rodzice... Znak! Odruchowo spojrzał na swoją lewą rękę, gdzie widniał symbol śmierciożerców. Co on narobił?! Działał pod wpływem emocji, wściekły na dyrektora uwierzył w naiwną bajeczkę Voldemorta. Zdradził tych, którzy walczyli u jego boku. Czuł się jakby to wszystko co robił wcześniej to czyny innej osoby. Jak mógł...?
Skrzatka pojawiła się tak nagle i z takim trzaskiem, że Harry podskoczył. Małe stworzonko ubrane w szaro błękitną togę zrobiło wielkie oczy.
- Sir, ja nie chciałam przestraszyć. Ja przepraszam, ale Pan kazał zawołać i Minka musiała się zjawić. Minka przeprasza bardzo, Minka poparzy sobie uszy jeżeli sir sobie tego życzy.
- Nie, nie, już wszystko dobrze, nie musisz się karać. Po co mnie wezwano?
- Minka nie wie, ale Pan kazał to założyć żeby nikt pana nie poznał, sir.
Chłopak dopiero zauważył, że skrzatka trzyma w rękach czarne zawiniątko. Okazało się ono długą szatą z kapturem i zapięciem w kształcie węża. Szata śmierciożercy.
- Minka przyjdzie jak sir będzie gotowy, wtedy sir ma ją zawołać, dobrze sir?
- Em, oczywiście Minko. - Istotka zniknęła jeszcze głośniej niż się pojawiła. Harry miał opory przed założeniem szaty, ale doszedł do wniosku, że lepiej się nie narażać na gniew Voldemorta. Miał nadzieję, że dowie się czegoś o swoich rodzicach, albo o planach Czarnego Pana, bo gdyby nie to, dawno próbowałby uciec. Był gotowy po dziesięciu minutach. Upewnił się tylko, czy kaptur go dobrze ukrywa. Zawołał skrzatkę i razem zeszli na dół. Teraz Harry zwrócił uwagę na wystrój wnętrza. Obwieszone obrazami ściany były utrzymane w odcieniach zieleni, klamki, poręcze i żyrandole były w kształcie węży. Stało tu też wiele posągów przedstawiających czarodzieji z różdżkami w rękach, czasem również z laskami lub mieczami. Jedno trzeba przyznać, zamek był elegancki.
Gdy stanęli przed ciężkimi, rzeźbionymi drzwiami Minka ukłoniła się i zniknęła. Drzwi otworzyły się same, więc Potterowi nie zostało nic innego jak wejść. Znalazł się w podłużnej jadalni z długim czarnym stołem. Siedziało tu kilku śmierciożerców, a u szczytu, bawiąc się swoją różdżką, Voldemort. Harry ukłonił się w jego stronę.
- Ach, mój drogi, cieszę się, że już jesteś. Usiądź tutaj. - Wskazał mu miejsce po swojej lewej stronie. Jego zimny głos tak kontrastował ze słowami, że Harry zaśmiał się w duchu. Podszedł powoli i usiadł, czując się bardzo niepewnie pod ciekawskimi spojrzeniami.
- Chciałbym, abyś nie zdejmował kaptura, dopóki ci nie powiem. Zrobimy tu obecnym małą niespodziankę. - Chłopak nie był w stanie pomysleć o Voldemorcie "miły", ale musiał, choć z trudem, przyznać, że ten zachowuje się jak na razie całkiem przyzwoicie. Przynajmniej nie rzuca Cruciatusami.
- Na początek naszej współpracy, zjedzmy wspólnie śniadanie. Musisz przybrać na wadze. - Czarny Pan troszczący się o niego? Świat stanał na głowie. Ale to na pewno tylko jakaś chora gra, której zasad Harry jeszcze nie pojął.
Przed każdym pojawił się skrzat trzymający talerz z tym, na co dana osoba miała akurat ochotę. Voldemort, który własnie zabierał się za jakieś egzotycznie wyglądające owoce morza, popatrzył na talerz Harry' ego.
- Nalesniki i ogórkami? Masz trochę dziwny gust. - śmierciożercy zachichotali lekko, po czym pogrążyli się w cichych rozmowach. - Teraz do rzeczy. Zapewne dziwisz się temu wszystkiemu i żałujesz tego, co się stało, czyż nie?
- Masz rację. Jak mogłem uwierzyć w twoją bajeczkę?
- To nie bajka. Możesz w nią wierzyć lub nie, ale nie ma odwrotu. Zostaniesz tutaj do końca wakacji i zobaczysz, jak wszystko naprawdę wygląda. Jak zechesz, to potem pobiegniesz do swojego dyrektorka, ale wiedz, że nasza umowa wtedy wygaśnie.
- Grozisz mi?
- Informuję. Ale to jest tylko takie zabezpieczenie, zobaczysz, że z własnej woli tu zostaniesz. Nie jesteś Złotym Chłopcem, to ci zostało narzucone. U mnie poznasz prawdę o sobie.
- A skąd ty możesz wiedzieć jaki naprawdę jestem?
- Jesteś podobny do swoich rodziców. Ale sam mi powiedz, czy nie lubisz adrenaliny? Czy nie lubisz zwyciężać? Czy nie chcesz walczyć po właściwej stronie?
- Po twojej, mam rozumieć?
- To już kwestia twojej decyzji. Ale, jak na razie, to tak. Po mojej. I masz się odpowiednio zachowywać, pamiętać, kto tu jest władcą.
- Oczywiście, panie. - Voldemort uśmiechnął się na te słowa.
- Cieszę się. A teraz może czas na małą prezentację? Tu są tylko najważniejsi moi ludzie, reszcie powiemy później.
Harry nie zwrócił wcześniej uwagi na śmierciożerców. Po prawej stronie Czarnego Pana siedział Lucjusz Malfoy, dalej Snape, rodzeństwo Carrow oraz Arktorus Zabini, ojciec Blaise'a. Reszty nie znał, lecz zdziwiła go nieobecność Bellatrix. Z chęcią rzuciłby się na nią gołymi rękami i rozszarpał.
- Cisza. - Riddle mówil cicho, lecz natychmiast wszyscy umilkli. - A teraz chciałbym wam przedstawić mojego najnowszego śmierciożercę. Zdejmij kaptur, Potter.
Potter?! To zdawały się krzyczeć twarze milczących śmierciożerców. Byli tak zszokowani, że na chwilę znikneły maski obojętności. Harry czuł się nieco niezręcznie pod tyloma sporzeniami, a Voldemort uśmiechał się lekko.
- Dość. Lucjuszu, Severusie, Harry, zostańcie. Reszta odejść.
Czarne postacie wychodząc kłaniały się Czarnemu Panu. Po chwili w sali zostały tylko cztery osoby. Wtedy Voldemort machnął różdżką, a stół i krzesła zniknęły. Zamiast tego pojawiły się trzy obite skórą fotele oraz czarny tron. Gdy zajeli miejsca, odezwał się Voldemort.
- Severusie, jak tam nasz zastępca?
- Jak na razie nikt się nie zorientował. Zapewniłem mu zapas eliksiru wielosokowego do końca wakacji.
- Dobrze. Tobie, Harry, należy się wyjaśnienie, że jeden z moich śmierciożerców został podstawiony za ciebie. Severus ma za zadanie przekonać Dumbledore' a, że chcę cię złapać, więc nie możesz opuścić domu wujostwa. A co do ciebie Lucjuszu, to chciałbym, aby twój syn tu zamieszkał do końca wakacji. Razem z Harry' m będzie się uczył pod moim okiem.
- Tak, panie, to dla nas wielki zaszczyt.
- To wszystko, możecie odejść.
Wstali i ukłonili się z szacunkiem, po czym wyszli. Mężczyźni skierowali się bez słowa w stronę wyjścia, a Harry schodami na górę. Czuł mętlik w głowie. Z dnej strony to, w co wierzył przez całe swoje dotychczasowe życie, z drugiej to, co mówił Czarny Pan. A jego przyjaciele? Czy zaakceptują jego zmianę stron? A on? Czy będzie w stanie zabić? Jedno jest pewne. Już nic nie będzie takie samo.
Gdy zaszedł do swojego pokoju zobaczył, że dostawiono tam biblioteczkę z książkami. Większość była o czarnej magii. Jednak na najwyższej półce stały też książki o eliksirach, magicznych stworzeniach oraz roślinach. Harry wziął pierwszą z brzegu "Podstawy eliksirów" i zaczął czytać. Godzinę później stwierdził, że to nie eliksiry są straszne, tylko nauczyciel. Usłyszał pukanie do drzwi, i zanim zdążył się odezwać, wszedł przez nie Draco Malfoy.
- Zanim się odezwiesz, to wiedz, że ojciec kazał mi tu przyjść i się z tobą przywitać. Cześć.
- Cześć. Może usiądziesz?- Harry czuł się dziwnie. Malfoy najwyraxniej też, ale usiadł na łózku obok Harry' ego.
- Em, no więc mi przypadł pokój obok jakby co. A, i za dziesięć minut mamy stawić się na sali treningowej.
- Jasne, a gdzie ona jest?
- Nie wiem. myślałem, że ty wiesz. Jesteś tu dłużej niż ja.
- Od północy, no naprawdę długo.
- No dobra, skoro nie wiesz, to trudno, zapytamy się kogoś.
- Nie myślisz, że to wszystko jest strasznie dziwne?
- Niby co?
- No, nigdy chyba tak długo ze sobą nie rozmawialiśmy.
- Raz się zdarzyło, w pierwszej klasie. Gdy proponowałem ci przyjaźń, a ty ją odrzuciłeś.
- Dziwisz mi się?
- Tak, dziwię. Bo niby czemu to zrobiłeś, bo Weasley ci tak powiedział? Nie umieesz sam myśleć?
- A ty niby z własnej woli chciałeś przyjaźni? Ojczulek ci kazał.
- Cieszyłby się, ale nie, nie kazał. Chciałem cię poznać, a ty?
- No dobra, to przepraszam za tamto. Ale tyle lat starałeś się mi uprzykrzyć życie, i teraz mam się z tobą zakumplować?
- Jak na razie proponuję nie skakać sobie do gardeł. Zacznijmy może od początku. - Wyciągnął rękę - Draco Malfoy.
- Harry Potter. - Uścisnęli dłonie.
Kilka minut później, Minka zjawiła się z ubraniami dla Harry' ego, więc Draco poszedł do swojego pokoju, gdzie czekał na niego jego skrzat. Potter założył czarne spodnie i zieloną koszulę z krótkimi rękawami oraz glany. Na korytarzu spotkał identycznie ubranego Malfoya. Na rękach obu widniały mroczne znaki. Harry' ego był wyraźnie ciemniejszy.
- Kiedy? - Draco zatrzymał się na chwilę.
- Kilka godzin temu. A ty?
- W tamtym tygodniu.
Nie mówili nic więcej, jeden rozumiał drugiego. Ruszyli dalej.
Skrzatka pojawiła się tak nagle i z takim trzaskiem, że Harry podskoczył. Małe stworzonko ubrane w szaro błękitną togę zrobiło wielkie oczy.
- Sir, ja nie chciałam przestraszyć. Ja przepraszam, ale Pan kazał zawołać i Minka musiała się zjawić. Minka przeprasza bardzo, Minka poparzy sobie uszy jeżeli sir sobie tego życzy.
- Nie, nie, już wszystko dobrze, nie musisz się karać. Po co mnie wezwano?
- Minka nie wie, ale Pan kazał to założyć żeby nikt pana nie poznał, sir.
Chłopak dopiero zauważył, że skrzatka trzyma w rękach czarne zawiniątko. Okazało się ono długą szatą z kapturem i zapięciem w kształcie węża. Szata śmierciożercy.
- Minka przyjdzie jak sir będzie gotowy, wtedy sir ma ją zawołać, dobrze sir?
- Em, oczywiście Minko. - Istotka zniknęła jeszcze głośniej niż się pojawiła. Harry miał opory przed założeniem szaty, ale doszedł do wniosku, że lepiej się nie narażać na gniew Voldemorta. Miał nadzieję, że dowie się czegoś o swoich rodzicach, albo o planach Czarnego Pana, bo gdyby nie to, dawno próbowałby uciec. Był gotowy po dziesięciu minutach. Upewnił się tylko, czy kaptur go dobrze ukrywa. Zawołał skrzatkę i razem zeszli na dół. Teraz Harry zwrócił uwagę na wystrój wnętrza. Obwieszone obrazami ściany były utrzymane w odcieniach zieleni, klamki, poręcze i żyrandole były w kształcie węży. Stało tu też wiele posągów przedstawiających czarodzieji z różdżkami w rękach, czasem również z laskami lub mieczami. Jedno trzeba przyznać, zamek był elegancki.
Gdy stanęli przed ciężkimi, rzeźbionymi drzwiami Minka ukłoniła się i zniknęła. Drzwi otworzyły się same, więc Potterowi nie zostało nic innego jak wejść. Znalazł się w podłużnej jadalni z długim czarnym stołem. Siedziało tu kilku śmierciożerców, a u szczytu, bawiąc się swoją różdżką, Voldemort. Harry ukłonił się w jego stronę.
- Ach, mój drogi, cieszę się, że już jesteś. Usiądź tutaj. - Wskazał mu miejsce po swojej lewej stronie. Jego zimny głos tak kontrastował ze słowami, że Harry zaśmiał się w duchu. Podszedł powoli i usiadł, czując się bardzo niepewnie pod ciekawskimi spojrzeniami.
- Chciałbym, abyś nie zdejmował kaptura, dopóki ci nie powiem. Zrobimy tu obecnym małą niespodziankę. - Chłopak nie był w stanie pomysleć o Voldemorcie "miły", ale musiał, choć z trudem, przyznać, że ten zachowuje się jak na razie całkiem przyzwoicie. Przynajmniej nie rzuca Cruciatusami.
- Na początek naszej współpracy, zjedzmy wspólnie śniadanie. Musisz przybrać na wadze. - Czarny Pan troszczący się o niego? Świat stanał na głowie. Ale to na pewno tylko jakaś chora gra, której zasad Harry jeszcze nie pojął.
Przed każdym pojawił się skrzat trzymający talerz z tym, na co dana osoba miała akurat ochotę. Voldemort, który własnie zabierał się za jakieś egzotycznie wyglądające owoce morza, popatrzył na talerz Harry' ego.
- Nalesniki i ogórkami? Masz trochę dziwny gust. - śmierciożercy zachichotali lekko, po czym pogrążyli się w cichych rozmowach. - Teraz do rzeczy. Zapewne dziwisz się temu wszystkiemu i żałujesz tego, co się stało, czyż nie?
- Masz rację. Jak mogłem uwierzyć w twoją bajeczkę?
- To nie bajka. Możesz w nią wierzyć lub nie, ale nie ma odwrotu. Zostaniesz tutaj do końca wakacji i zobaczysz, jak wszystko naprawdę wygląda. Jak zechesz, to potem pobiegniesz do swojego dyrektorka, ale wiedz, że nasza umowa wtedy wygaśnie.
- Grozisz mi?
- Informuję. Ale to jest tylko takie zabezpieczenie, zobaczysz, że z własnej woli tu zostaniesz. Nie jesteś Złotym Chłopcem, to ci zostało narzucone. U mnie poznasz prawdę o sobie.
- A skąd ty możesz wiedzieć jaki naprawdę jestem?
- Jesteś podobny do swoich rodziców. Ale sam mi powiedz, czy nie lubisz adrenaliny? Czy nie lubisz zwyciężać? Czy nie chcesz walczyć po właściwej stronie?
- Po twojej, mam rozumieć?
- To już kwestia twojej decyzji. Ale, jak na razie, to tak. Po mojej. I masz się odpowiednio zachowywać, pamiętać, kto tu jest władcą.
- Oczywiście, panie. - Voldemort uśmiechnął się na te słowa.
- Cieszę się. A teraz może czas na małą prezentację? Tu są tylko najważniejsi moi ludzie, reszcie powiemy później.
Harry nie zwrócił wcześniej uwagi na śmierciożerców. Po prawej stronie Czarnego Pana siedział Lucjusz Malfoy, dalej Snape, rodzeństwo Carrow oraz Arktorus Zabini, ojciec Blaise'a. Reszty nie znał, lecz zdziwiła go nieobecność Bellatrix. Z chęcią rzuciłby się na nią gołymi rękami i rozszarpał.
- Cisza. - Riddle mówil cicho, lecz natychmiast wszyscy umilkli. - A teraz chciałbym wam przedstawić mojego najnowszego śmierciożercę. Zdejmij kaptur, Potter.
Potter?! To zdawały się krzyczeć twarze milczących śmierciożerców. Byli tak zszokowani, że na chwilę znikneły maski obojętności. Harry czuł się nieco niezręcznie pod tyloma sporzeniami, a Voldemort uśmiechał się lekko.
- Dość. Lucjuszu, Severusie, Harry, zostańcie. Reszta odejść.
Czarne postacie wychodząc kłaniały się Czarnemu Panu. Po chwili w sali zostały tylko cztery osoby. Wtedy Voldemort machnął różdżką, a stół i krzesła zniknęły. Zamiast tego pojawiły się trzy obite skórą fotele oraz czarny tron. Gdy zajeli miejsca, odezwał się Voldemort.
- Severusie, jak tam nasz zastępca?
- Jak na razie nikt się nie zorientował. Zapewniłem mu zapas eliksiru wielosokowego do końca wakacji.
- Dobrze. Tobie, Harry, należy się wyjaśnienie, że jeden z moich śmierciożerców został podstawiony za ciebie. Severus ma za zadanie przekonać Dumbledore' a, że chcę cię złapać, więc nie możesz opuścić domu wujostwa. A co do ciebie Lucjuszu, to chciałbym, aby twój syn tu zamieszkał do końca wakacji. Razem z Harry' m będzie się uczył pod moim okiem.
- Tak, panie, to dla nas wielki zaszczyt.
- To wszystko, możecie odejść.
Wstali i ukłonili się z szacunkiem, po czym wyszli. Mężczyźni skierowali się bez słowa w stronę wyjścia, a Harry schodami na górę. Czuł mętlik w głowie. Z dnej strony to, w co wierzył przez całe swoje dotychczasowe życie, z drugiej to, co mówił Czarny Pan. A jego przyjaciele? Czy zaakceptują jego zmianę stron? A on? Czy będzie w stanie zabić? Jedno jest pewne. Już nic nie będzie takie samo.
Gdy zaszedł do swojego pokoju zobaczył, że dostawiono tam biblioteczkę z książkami. Większość była o czarnej magii. Jednak na najwyższej półce stały też książki o eliksirach, magicznych stworzeniach oraz roślinach. Harry wziął pierwszą z brzegu "Podstawy eliksirów" i zaczął czytać. Godzinę później stwierdził, że to nie eliksiry są straszne, tylko nauczyciel. Usłyszał pukanie do drzwi, i zanim zdążył się odezwać, wszedł przez nie Draco Malfoy.
- Zanim się odezwiesz, to wiedz, że ojciec kazał mi tu przyjść i się z tobą przywitać. Cześć.
- Cześć. Może usiądziesz?- Harry czuł się dziwnie. Malfoy najwyraxniej też, ale usiadł na łózku obok Harry' ego.
- Em, no więc mi przypadł pokój obok jakby co. A, i za dziesięć minut mamy stawić się na sali treningowej.
- Jasne, a gdzie ona jest?
- Nie wiem. myślałem, że ty wiesz. Jesteś tu dłużej niż ja.
- Od północy, no naprawdę długo.
- No dobra, skoro nie wiesz, to trudno, zapytamy się kogoś.
- Nie myślisz, że to wszystko jest strasznie dziwne?
- Niby co?
- No, nigdy chyba tak długo ze sobą nie rozmawialiśmy.
- Raz się zdarzyło, w pierwszej klasie. Gdy proponowałem ci przyjaźń, a ty ją odrzuciłeś.
- Dziwisz mi się?
- Tak, dziwię. Bo niby czemu to zrobiłeś, bo Weasley ci tak powiedział? Nie umieesz sam myśleć?
- A ty niby z własnej woli chciałeś przyjaźni? Ojczulek ci kazał.
- Cieszyłby się, ale nie, nie kazał. Chciałem cię poznać, a ty?
- No dobra, to przepraszam za tamto. Ale tyle lat starałeś się mi uprzykrzyć życie, i teraz mam się z tobą zakumplować?
- Jak na razie proponuję nie skakać sobie do gardeł. Zacznijmy może od początku. - Wyciągnął rękę - Draco Malfoy.
- Harry Potter. - Uścisnęli dłonie.
Kilka minut później, Minka zjawiła się z ubraniami dla Harry' ego, więc Draco poszedł do swojego pokoju, gdzie czekał na niego jego skrzat. Potter założył czarne spodnie i zieloną koszulę z krótkimi rękawami oraz glany. Na korytarzu spotkał identycznie ubranego Malfoya. Na rękach obu widniały mroczne znaki. Harry' ego był wyraźnie ciemniejszy.
- Kiedy? - Draco zatrzymał się na chwilę.
- Kilka godzin temu. A ty?
- W tamtym tygodniu.
Nie mówili nic więcej, jeden rozumiał drugiego. Ruszyli dalej.
środa, 18 grudnia 2013
Liebster Award 2
Już drugi raz zostałam nominowana, z czego się bardzo cieszę. Nominację dostałam od Juli P. http://magicdarkmoon.blogspot.com/
Nie chce mi się wyjaśniac, o co chodzi, więc pożyczę sobie to z innego bloga:
Nominacja od Liebster Award Blog jest otrzymywana od innego bloggera w ramach uznania "za dobrze wykonaną robotę". Po odebraniu nagrody należy odpowiedzieć na 11 pytań otrzymanych od osób, która cię nominowała. Następnie ty nominujesz 11 osób (informujesz ich o tym) oraz zadajesz im 11 pytań. Nie wolno nominować bloga, który cię nominował.
Pytania:
1. Co Cię zainspirowało do napisania takiego, a nie innego opowiadania?
Ksiązki, filmy oraz moja chora wyobraźnia. :)
2. Od razu wiedziałaś/eś, że będziesz pisać czy to taki spontaniczny pomysł?
Całkowicie spontaniczny.
3. Czy lubisz czytać opowiadania innych?
Uwielbiam.
4. Masz wybór dostać wszystko co zechcesz, ale stracisz kogoś ci bliskiego lub ratujesz bliskiego, ale tracisz pieniądze, dom itd., co wybierasz?
Pieniądze i dom zawsze można odzyskać, więc opcja numer dwa.
5. Wolisz sprawiedliwą, czasem bolesną, krytykę czy gładkie kłamstwa?
Krytykę. Kłamstwa łatwo wykryć i wtedy boli bardziej niż krytyka.
6. Na co zwracasz uwagę najbardziej gdy czytasz opowiadanie?
Czy jest ciekaw oraz na styl.
7. Jak spędzisz święta i nowy rok?
Z rodzinką.
8. Pasje, hobby, ulubione zajęcie?
Książki, blogi, wiedźmin, hp, muzyka...
9. Czy jesteś zadowolona/y ze swojego życia?
Raczej tak.
10. Jak widzisz siebie w przyszłości? Za jakieś 15/20 lat?
Nie mam zielonego pojęcia.
11. Uważasz, że dlaczego zostałaś/eś nominowana/y?
Nie wiem. (I tu wzruszam ramionami)
Moje pytania:
1. Co przeszkadza Ci we współczesnym świecie?
2. Dlaczego akurat takich bohaterów zawiera Twoje opowiadanie?
3. Jaka jest twoja najdziwniejsza cecha?
4. Czy w opowiadaniu któryś z bohaterów jest do ciebie podobny?
5. Skąd pomysł na pisanie bloga?
6. Czarny czy biały?
7. Jaki jest twój stosunek do tradycji?
8. Jakie jest twoje ulubione świąteczne danie?
9. Do jakiego kraju być się przeprowadził/a, gdyby było to konieczne?
10. Lubisz uczyć się nowych rzeczy?
11. Potrafisz śpiewać/tańczyć?
Nominuję http://wiedzminskie-historie.blog.onet.pl/
Nie chce mi się wyjaśniac, o co chodzi, więc pożyczę sobie to z innego bloga:
Nominacja od Liebster Award Blog jest otrzymywana od innego bloggera w ramach uznania "za dobrze wykonaną robotę". Po odebraniu nagrody należy odpowiedzieć na 11 pytań otrzymanych od osób, która cię nominowała. Następnie ty nominujesz 11 osób (informujesz ich o tym) oraz zadajesz im 11 pytań. Nie wolno nominować bloga, który cię nominował.
Pytania:
1. Co Cię zainspirowało do napisania takiego, a nie innego opowiadania?
Ksiązki, filmy oraz moja chora wyobraźnia. :)
2. Od razu wiedziałaś/eś, że będziesz pisać czy to taki spontaniczny pomysł?
Całkowicie spontaniczny.
3. Czy lubisz czytać opowiadania innych?
Uwielbiam.
4. Masz wybór dostać wszystko co zechcesz, ale stracisz kogoś ci bliskiego lub ratujesz bliskiego, ale tracisz pieniądze, dom itd., co wybierasz?
Pieniądze i dom zawsze można odzyskać, więc opcja numer dwa.
5. Wolisz sprawiedliwą, czasem bolesną, krytykę czy gładkie kłamstwa?
Krytykę. Kłamstwa łatwo wykryć i wtedy boli bardziej niż krytyka.
6. Na co zwracasz uwagę najbardziej gdy czytasz opowiadanie?
Czy jest ciekaw oraz na styl.
7. Jak spędzisz święta i nowy rok?
Z rodzinką.
8. Pasje, hobby, ulubione zajęcie?
Książki, blogi, wiedźmin, hp, muzyka...
9. Czy jesteś zadowolona/y ze swojego życia?
Raczej tak.
10. Jak widzisz siebie w przyszłości? Za jakieś 15/20 lat?
Nie mam zielonego pojęcia.
11. Uważasz, że dlaczego zostałaś/eś nominowana/y?
Nie wiem. (I tu wzruszam ramionami)
Moje pytania:
1. Co przeszkadza Ci we współczesnym świecie?
2. Dlaczego akurat takich bohaterów zawiera Twoje opowiadanie?
3. Jaka jest twoja najdziwniejsza cecha?
4. Czy w opowiadaniu któryś z bohaterów jest do ciebie podobny?
5. Skąd pomysł na pisanie bloga?
6. Czarny czy biały?
7. Jaki jest twój stosunek do tradycji?
8. Jakie jest twoje ulubione świąteczne danie?
9. Do jakiego kraju być się przeprowadził/a, gdyby było to konieczne?
10. Lubisz uczyć się nowych rzeczy?
11. Potrafisz śpiewać/tańczyć?
Nominuję http://wiedzminskie-historie.blog.onet.pl/
sobota, 14 grudnia 2013
1 Mroczna Prawda
Ból. Chęć zemsty. Rozpacz. Chłopak siedzący w kącie pokoju nie chciał już nic czuć. Nie ma już nikogo... Popatrzył na żyletkę w swojej dłoni. A może by tak to skończyć? Ten, kogo kochał, nie żyje. Ten, któremu ufał, ukrywał przed nim prawdę. Ten, którego się boi, rośnie w siłę. A on? On miał już dosyć. Dosyć walki, dosyć zdrad, dosyć bycia przeklętym Chłopcem Który Przeżył. Podniósł żyletkę, zobaczył w niej zamglone odbicie tęczówek w kolorze Avady. Tylko jedno mocne cięcie...
- Wpuść tę cholerną sowę zanim zbije szybę! - Głos wuja Vernona przebił się przez jego świadomość. Popatrzył na okno i zobaczył Hedwigę, która najwyraźniej od dłuższego czasu próbowała się dostać do środka. Otworzył jej, a sówka rzuciła mu na łóżko list, i po obdarzeniu go pełnym wyrzutu spojrzeniem, usadowiła się na swojej żerdzi. Harry wziął papier do ręki i przeczytał swoje nazwisko napisane eleganckim pismem na kopercie. Wydawało mu się znajome, ale nie mógł sobie przypomnieć, do kogo należało. Tylko dlatego nie rzucił listu na stertę innych, nieotwieranych, które dostał od Rona, Hermiony i Lupina. Wyjął pergamin i zaczął czytać.
Harry Potterze,
Spotkajmy się dzisiaj o północy w moim zamku. Chcę abyś poznał drugą stronę. Nawet nie myśl o tym, aby się nie zjawić.
Lord Voldemort
P.S. List jest świstoklikiem.
Dziwne. Voldemort napisał do niego list i do tego chce się z nim spotkać. Tak w sumie to każe mu się z nim spotkać. Potter wolał nie myśleć, co zrobi ten psychopata, gdy się nie zjawi. A on przecież i tak chciał umrzeć, a tak przynajmniej uznają, że zginął w walce, jak bohater. Już widział nagłówek jutrzejszego Proroka. "Harry Potter ginie z rąk Tego, Którego Imienia Nie Wolno Wymawiać,nie mamy naszego bohatera, poddajmy się." Jak oni mogli myśleć, że jeden piętnastolatek pokona Czarnego Pana i jego armię śmierciożerców? Bo tak powiedział Dumbledore? Głupcy, zaślepieni wiarą w paplaninę jakiejś chorej psychicznie wieszczki. Lekko się uśmiechnął, myśląc że jego śmierć zrobi im na złość.
Z drugiej strony jakiś cichy głosik podpowiadał mu, że to on ma coś nie tak z głową. Ale skoro nie ma nic do stracenia, to mógłby nawet zwariować. Piękny koniec legendy Złotego Chłopca... Tak. Zdecydowanie ma coś z głową.
Punktualnie o północy świstoklik zaczął jarzyć się niebieskawym światłem, a chłopak ledwo zdążył go złapać. Po krótkiej chwili wylądował przed bramą z kutego żelaza, której pręty owijały stalowe węże. Czekało już tam na niego dwóch śmierciożerców. Wyższy bez słowa otworzył bramę i zaczął iść w stronę zamku. Drugi wbił czarnowłosemu różdżkę w plecy i popchnął do przodu. Budynek rósł w ich oczach. Zbudowany z czarnego kamienia rzucał ponure cienie na równo przystrzyżony trawnik. Po kilku minutach znaleźli się okrągłym holu wyłożonym kafelkami, w których odbijało się chybotliwe światło pochodni zaczepionych w ścianach. Panowała tu mrożąca krew w żyłach cisza. Gdy wyższy śmierciożerca zapukał trzy razy w dębowe drzwi, rozpłynęły się one w zieloną mgiełkę. Weszli do ciemnego pokoju oświetlonego jedynie przez ogień z kominka. Mężczyźni padli na kolana pociągając za sobą chłopaka, który nie stawiał najmniejszego oporu. Usłyszał zimny głos nieznoszący sprzeciwu.
- Odejdźcie.
Gdy zostali sami Voldemort wskazał mu bez słowa jeden z foteli. Chłopak usiadł.
- Witaj Harry Potterze. Zjawiłeś się.
- Jak widzisz.
- Po co ten jad? Chcę porozmawiać. Mam dla ciebie propozycję, ale po kolei. Pewnie zdążyłeś już zorientować się, że stary Trzmiel nie jest tym, za kogo większość ludzi go uważa.
- Zauważyłem.
- A więc nie chcesz być po jego stronie?
- Tak, ale po twojej też nie.
- Pomyśl. Skąd wiesz, jakie mam cele i plany? Od Dumbldedora?
- Czyli on zmyślił te wszystkie historyjki o atakach na mugoli, a ty wcale nie porywasz ludzi, żeby ich potem torturować i zabić? Nie wiedziałem. - Harry pomyślał, że się zagalopował.
- Tego nie powiedziałem. Słuchaj uważnie, bo próbuję ci wytłumaczyć, że ja chcę pomóc czarodziejskiej społeczności, a nie ją zniszczyć. Mieszanie się z mugolami niszczy naszą kulturę i osłabia magię. Każdy kto choć trochę zna historię magii widzi, jak potężni byliśmy kiedyś, a co się dzieje teraz. Pragnę oczyścić nas z brudu i wrócić do dawnych wartości, rozumiesz Harry Potterze?
- Oczyścić znaczy zabić kogoś tylko dlatego, że nie urodził się w czystokrwistej rodzinie? Jakbyś nie wiedział, to moja przyjaciółka...
- Dobrze wiem, kim jest panna Granger. I nie zabijam każdego mugolaka, tych, którzy zachowują się jak czarodzieje zostawiam w spokoju. Lecz gdy ktoś nie rozumie jakim darem jest magia, i plami ją mugolskimi zwyczajami... - W czerwonych tęczówkach pojawiły się niebezpieczne błyski. - Mam nadzieję, że rozumiesz mój punkt widzenia.
Chłopakowi chwilę zajęło przetrawienie tych informacji. Z zamyślenia wyrwał go głos Voldemorta.
- Jak już wspominałem, mam dla ciebie propozycję. Przyłącz się do mnie, a ty i twoi przyjaciele będziecie bezpieczni. Nie tknę ich w zamian za wierność.
- A gdybym się nie zgodził?
- No cóż, jesteś w moim zamku, ze mną i co najmniej czterdziestoma śmierciożercami. Resztę sobie dopowiedz.
- Zastanawia mnie jeszcze jedna rzecz. Czemu tak bardzo chcesz mnie w swoich szeregach?
- Uważam, że jesteś wyjątkowy. Pamiętasz, co ci kiedyś powiedziałem? Jesteśmy do siebie podobni. Razem możemy wiele zdziałać i zmienić świat.
Jeszcze kilka godzin temu chciał umrzeć, a teraz widział inne wyjście. Ale, przecież to Voldemort. Ten, który zabił mu rodziców.
- Przez ciebie jestem sierotą. Zabiłeś moich rodziców i chcesz, abym do ciebie dołączył? Jesteś chory.
- Przyznaję, zabiłem twoich rodziców. Ale wtedy myślałem, że są zdrajcami. Dopiero potem dowiedziałem się, że to Dumbledore kazał Pettigrew aby mi tak powiedział. Byłem zły po usłyszeniu przepowiedni, nie myślałem rozsądnie, nie sprawdziłem...
- Jakimi zdrajcami?! Jak śmiesz tak o nich kłamać?! - Chłopak zerwał się z fotela i zacisnął pięści.
- Uspokuj sie, Potter. Nie kłamię, twoi rodzice byli moimi śmierciożercami i szpiegami w Zakonie Feniksa. Dumbledore się o tym dowiedział, i kazał Pettigrew mi nakłamać. A dyrektorek rozpuścił plotkę o zdradzie Blacka, a ciebie umieścił u wujostwa. Koniec historii.
- Nie wierzę ci.
- Jeżeli do mnie dołączysz, to dam ci list, który twoja matka mi dała, abym ci w razie czego przekazał. Wiedziała, do czego jest zdolny Dumbledore, ale walczyła. była dzielną kobietą. A więc?
Harry' emu świat się zawalił, wszystko w co wierzył, okazało się nieprawdą. Podjął decyzję.
- Będę twoim śmierciożercą. I pomszczę moich rodziców.
- Uklęknij i podaj lewą rękę.
Czarny Pan złapał go za nadgarstek i przyłożył mu różdżkę do skóry.
- Czy przyrzekasz mi wierność i że wypełnisz każdy mój rozkaz?
- Przyrzekam. - Głos miał mocny i zdecydowany.
- A więc się stało.
Na skórze uformował się Mroczny Znak. Harry czuł, jakby przyłożono mu do skóry rozpalone żelazo, ale nawet nie jęknął.
- Pięknie. A teraz - pstryknął palcami i u jego stóp pojawił się skrzat domowy - teraz idziesz do łóżka. Jutro zaczynamy naukę.
Gdy lekko oszołomiony chłopak ukłonił się i wyszedł, Czarny Pan przywołał Nagini.
- Udało się, moja droga. Potter będzie mi służył.
- Wpuść tę cholerną sowę zanim zbije szybę! - Głos wuja Vernona przebił się przez jego świadomość. Popatrzył na okno i zobaczył Hedwigę, która najwyraźniej od dłuższego czasu próbowała się dostać do środka. Otworzył jej, a sówka rzuciła mu na łóżko list, i po obdarzeniu go pełnym wyrzutu spojrzeniem, usadowiła się na swojej żerdzi. Harry wziął papier do ręki i przeczytał swoje nazwisko napisane eleganckim pismem na kopercie. Wydawało mu się znajome, ale nie mógł sobie przypomnieć, do kogo należało. Tylko dlatego nie rzucił listu na stertę innych, nieotwieranych, które dostał od Rona, Hermiony i Lupina. Wyjął pergamin i zaczął czytać.
Harry Potterze,
Spotkajmy się dzisiaj o północy w moim zamku. Chcę abyś poznał drugą stronę. Nawet nie myśl o tym, aby się nie zjawić.
Lord Voldemort
P.S. List jest świstoklikiem.
Dziwne. Voldemort napisał do niego list i do tego chce się z nim spotkać. Tak w sumie to każe mu się z nim spotkać. Potter wolał nie myśleć, co zrobi ten psychopata, gdy się nie zjawi. A on przecież i tak chciał umrzeć, a tak przynajmniej uznają, że zginął w walce, jak bohater. Już widział nagłówek jutrzejszego Proroka. "Harry Potter ginie z rąk Tego, Którego Imienia Nie Wolno Wymawiać,nie mamy naszego bohatera, poddajmy się." Jak oni mogli myśleć, że jeden piętnastolatek pokona Czarnego Pana i jego armię śmierciożerców? Bo tak powiedział Dumbledore? Głupcy, zaślepieni wiarą w paplaninę jakiejś chorej psychicznie wieszczki. Lekko się uśmiechnął, myśląc że jego śmierć zrobi im na złość.
Z drugiej strony jakiś cichy głosik podpowiadał mu, że to on ma coś nie tak z głową. Ale skoro nie ma nic do stracenia, to mógłby nawet zwariować. Piękny koniec legendy Złotego Chłopca... Tak. Zdecydowanie ma coś z głową.
Punktualnie o północy świstoklik zaczął jarzyć się niebieskawym światłem, a chłopak ledwo zdążył go złapać. Po krótkiej chwili wylądował przed bramą z kutego żelaza, której pręty owijały stalowe węże. Czekało już tam na niego dwóch śmierciożerców. Wyższy bez słowa otworzył bramę i zaczął iść w stronę zamku. Drugi wbił czarnowłosemu różdżkę w plecy i popchnął do przodu. Budynek rósł w ich oczach. Zbudowany z czarnego kamienia rzucał ponure cienie na równo przystrzyżony trawnik. Po kilku minutach znaleźli się okrągłym holu wyłożonym kafelkami, w których odbijało się chybotliwe światło pochodni zaczepionych w ścianach. Panowała tu mrożąca krew w żyłach cisza. Gdy wyższy śmierciożerca zapukał trzy razy w dębowe drzwi, rozpłynęły się one w zieloną mgiełkę. Weszli do ciemnego pokoju oświetlonego jedynie przez ogień z kominka. Mężczyźni padli na kolana pociągając za sobą chłopaka, który nie stawiał najmniejszego oporu. Usłyszał zimny głos nieznoszący sprzeciwu.
- Odejdźcie.
Gdy zostali sami Voldemort wskazał mu bez słowa jeden z foteli. Chłopak usiadł.
- Witaj Harry Potterze. Zjawiłeś się.
- Jak widzisz.
- Po co ten jad? Chcę porozmawiać. Mam dla ciebie propozycję, ale po kolei. Pewnie zdążyłeś już zorientować się, że stary Trzmiel nie jest tym, za kogo większość ludzi go uważa.
- Zauważyłem.
- A więc nie chcesz być po jego stronie?
- Tak, ale po twojej też nie.
- Pomyśl. Skąd wiesz, jakie mam cele i plany? Od Dumbldedora?
- Czyli on zmyślił te wszystkie historyjki o atakach na mugoli, a ty wcale nie porywasz ludzi, żeby ich potem torturować i zabić? Nie wiedziałem. - Harry pomyślał, że się zagalopował.
- Tego nie powiedziałem. Słuchaj uważnie, bo próbuję ci wytłumaczyć, że ja chcę pomóc czarodziejskiej społeczności, a nie ją zniszczyć. Mieszanie się z mugolami niszczy naszą kulturę i osłabia magię. Każdy kto choć trochę zna historię magii widzi, jak potężni byliśmy kiedyś, a co się dzieje teraz. Pragnę oczyścić nas z brudu i wrócić do dawnych wartości, rozumiesz Harry Potterze?
- Oczyścić znaczy zabić kogoś tylko dlatego, że nie urodził się w czystokrwistej rodzinie? Jakbyś nie wiedział, to moja przyjaciółka...
- Dobrze wiem, kim jest panna Granger. I nie zabijam każdego mugolaka, tych, którzy zachowują się jak czarodzieje zostawiam w spokoju. Lecz gdy ktoś nie rozumie jakim darem jest magia, i plami ją mugolskimi zwyczajami... - W czerwonych tęczówkach pojawiły się niebezpieczne błyski. - Mam nadzieję, że rozumiesz mój punkt widzenia.
Chłopakowi chwilę zajęło przetrawienie tych informacji. Z zamyślenia wyrwał go głos Voldemorta.
- Jak już wspominałem, mam dla ciebie propozycję. Przyłącz się do mnie, a ty i twoi przyjaciele będziecie bezpieczni. Nie tknę ich w zamian za wierność.
- A gdybym się nie zgodził?
- No cóż, jesteś w moim zamku, ze mną i co najmniej czterdziestoma śmierciożercami. Resztę sobie dopowiedz.
- Zastanawia mnie jeszcze jedna rzecz. Czemu tak bardzo chcesz mnie w swoich szeregach?
- Uważam, że jesteś wyjątkowy. Pamiętasz, co ci kiedyś powiedziałem? Jesteśmy do siebie podobni. Razem możemy wiele zdziałać i zmienić świat.
Jeszcze kilka godzin temu chciał umrzeć, a teraz widział inne wyjście. Ale, przecież to Voldemort. Ten, który zabił mu rodziców.
- Przez ciebie jestem sierotą. Zabiłeś moich rodziców i chcesz, abym do ciebie dołączył? Jesteś chory.
- Przyznaję, zabiłem twoich rodziców. Ale wtedy myślałem, że są zdrajcami. Dopiero potem dowiedziałem się, że to Dumbledore kazał Pettigrew aby mi tak powiedział. Byłem zły po usłyszeniu przepowiedni, nie myślałem rozsądnie, nie sprawdziłem...
- Jakimi zdrajcami?! Jak śmiesz tak o nich kłamać?! - Chłopak zerwał się z fotela i zacisnął pięści.
- Uspokuj sie, Potter. Nie kłamię, twoi rodzice byli moimi śmierciożercami i szpiegami w Zakonie Feniksa. Dumbledore się o tym dowiedział, i kazał Pettigrew mi nakłamać. A dyrektorek rozpuścił plotkę o zdradzie Blacka, a ciebie umieścił u wujostwa. Koniec historii.
- Nie wierzę ci.
- Jeżeli do mnie dołączysz, to dam ci list, który twoja matka mi dała, abym ci w razie czego przekazał. Wiedziała, do czego jest zdolny Dumbledore, ale walczyła. była dzielną kobietą. A więc?
Harry' emu świat się zawalił, wszystko w co wierzył, okazało się nieprawdą. Podjął decyzję.
- Będę twoim śmierciożercą. I pomszczę moich rodziców.
- Uklęknij i podaj lewą rękę.
Czarny Pan złapał go za nadgarstek i przyłożył mu różdżkę do skóry.
- Czy przyrzekasz mi wierność i że wypełnisz każdy mój rozkaz?
- Przyrzekam. - Głos miał mocny i zdecydowany.
- A więc się stało.
Na skórze uformował się Mroczny Znak. Harry czuł, jakby przyłożono mu do skóry rozpalone żelazo, ale nawet nie jęknął.
- Pięknie. A teraz - pstryknął palcami i u jego stóp pojawił się skrzat domowy - teraz idziesz do łóżka. Jutro zaczynamy naukę.
Gdy lekko oszołomiony chłopak ukłonił się i wyszedł, Czarny Pan przywołał Nagini.
- Udało się, moja droga. Potter będzie mi służył.
środa, 20 listopada 2013
3 Miłość wbrew nienawiści
Usłyszał pukanie do drzwi, a następnie zobaczył swojego tatę wchodzącego do pokoju. Popatrzył na syna i zbladł. Wyszeptał tylko trzy słowa.
Jedziemy do lekarza.
Pomógł Krystianowi wstać i dojść do łazienki, a sam zszedł na dół zadzwonić do żony, która robiła zakupy z Aleksandrem. Wrócił dziesięć minut później i zawiązał synowi buty, bo on nie był w stanie. Potem sprowadził go do samochodu i posadził na przednim siedzeniu. Wiedział, że nie potrafi tego okazywać, ale bardzo kochał syna i zawsze starał się o niego troszczyć. Po drodze starał się wypytać go delikatnie, czy nie wziął czegoś, czego nie powinien, ale nie dostał żadnej odpowiedzi. Na miejscu praktycznie zaniósł go pod gabinet lekarza, który widząc jego stan przyjął go bez kolejki. Krystian niezbyt wiedział, co się wokół niego dzieje. Widział przestraszona minę ojca nad sobą oraz lekarza, który najwyraźniej nie wiedział, co robić. Po sprawdzeniu tętna był zdezorientowany, ale gdy zmierzył temperaturę już wyraźnie zbladł.
Muszę wezwać panią Selter. Jest ona specjalistką od dziwnych przypadków, na pewno wam pomoże. Ja, niestety, nic tu nie zdziałam. - Po tych słowach wyszedł. Jakieś trzy minuty później pojawiła się pani Selter. Była to wysoka blondynka o dziwnych, piwnych oczach. Miała szczupłą twarz i delikatne dłonie, lecz mimo tego roztaczała aurę siły i pewności siebie. Chłopak pomyślał, że na pewno ją polubi. Wydawała się taka znajoma, lecz był pewny, że widzi ją pierwszy raz w życiu. Dziwne.
Gdy spojrzała na Krystiana, w jej pięknych tęczówkach pojawiła się iskra zrozumienia. Poprosiła starszego mężczyznę o wyjście z gabinetu i zamknięcie drzwi. Po tym usiadła na brzegu łóżka, na którym leżał Krystian i zaczęła uspokajająco gładzić jego rękę. Miała miły, przyjemny dla ucha głos.
Krystian, słyszysz mnie? Daj mi jakiś znak, cokolwiek. Mogę ci pomóc, jeżeli tylko mnie wysłuchasz. - Chłopak na znak, że słyszy ścisnął lekko jej rękę. Przynajmniej taki miał zamiar, bo wyszło z tego ledwo muśnięcie, ale wystarczyło. - Dobrze. Na początek mam do ciebie pytanie. Czy miesiąc temu zdarzyło się coś dziwnego, ktoś cię zaatakował może albo pobił? - kolejne muśnięcie. - Dziękuję. - Wzięła głęboki wdech. - Teraz ciężko ci to będzie zrozumieć, ale nie jesteś już tym, kim byłeś wcześniej. Jesteś jednym z nas, Istot Palącej Krwi, naszym bratem. Dzisiaj w nocy przejdziesz przemianę i wszystko zrozumiesz, i chociaż będzie ona bolesna i trudna, to później będzie już lepiej. Zabiorę cię do bezpiecznego miejsca i zajmę się tobą, abyś nie skrzywdził nikogo, na kim ci zależy. Wiem, jak się czujesz, ale jeszcze tylko parę godzin i to się skończy, zaufaj mi.
Krystian nadal nie wiedział, co się dzieje, wręcz przeciwnie, pojawiło się więcej pytań. Ale czuł się lepiej na myśl, że jest ktoś, kto zna na nie odpowiedzi. Już nie jest sam. I z lekkim uśmiechem, zapadł w sen. Gdy się obudził, leżał na kanapie w niewielkim, ale przytulnym pokoju. Rozejrzał się uważnie i stwierdził w myślach, że jego wystrój kojarzy mu się ze starym zamkiem jakiegoś bogatego rodu. Meble były z mahoniu, a obicia krzeseł wyglądały na jedwabne. Wykończenia były ze złota, a na stole stały misternie rzeźbione kieliszki wypełnione złotym płynem. Dopiero po chwili zauważył, że nie jest sam.
Obudziłeś się w końcu. Najwyższy czas, jeszcze trochę, a wylałabym na ciebie wiadro zimnej wody.
Dziewczyna, która się do niego odezwała siedziała na jednym z tych pięknych krzeseł. Była szczupła i miała ciemnorude włosy i złote tęczówki. Gdy mówiła słuchacz mimowolnie zwracał uwagę na jej kształtne, malinowe usta. Ubrana była w zwykłe jeansy i białą koszulkę, a na lewej ręce miała cienki łańcuszek, do którego przyczepionych było kilkanaście maleńkich, srebrnych kluczyków.
Nie odpowiadaj, wiem, że nie dasz rady w tym stanie („Czemu wszyscy wiedzą co się ze mną dzieje, tylko nie ja?!”). Zaraz cię stąd zabiorą do Jamy. No i cóż, zostało mi tylko życzyć ci powodzenia.
Wyszła z pokoju, a do chłopaka powróciło gorąco i ból głowy, które podczas rozmowy z dziewczyną jakby przycichły, lecz teraz wróciły ze zdwojoną mocą. W jednej chwili światło zaczęło go niemiłosiernie razić w oczy, więc je boleśnie zacisnął, lecz niewiele to pomogło. Lekki szum wiatru za oknem wydawał mu się krzykiem. Ból rozsadzał mu czaszkę, dobiegające zewsząd zapachy mieszały się i przyprawiały go o mdłości. Krzyk nie mógł mu przejść przed palące gardło. Usłyszany strzęp rozmowy boleśnie poranił mu uszy.
Tak, pewnie już niedługo. Ale czemu nic nie wiedzieliśmy? Przecież ten chłopak musiał... - Dźwięk otwieranych drzwi – O mój Boże... Szybko! - Krzyknął z bólu, gdy usłyszał krzyk mężczyzny. Zauważył on swoją pomyłkę i na migi rozkazał pozostałym ciszę. Ktoś silny wziął chłopaka na ręce i szybko zniósł na dół. Schody, drzwi, znowu schody... na końcu grube stalowe drzwi z zamkiem z tytanu. Wnieśli go tam i położyli na ciepłym kocu, który był najwyraźniej jedyną rzeczą w tym pomieszczeniu.
Będzie dobrze, zobaczysz, już za chwilę wszystko zrozumiesz. Rano ktoś po ciebie przyjdzie. - Chłopak zaczął z trudem łapać powietrze. - Wychodzić natychmiast! Wszyscy!
Krystian został sam. Trząsł się, całe ciało go paliło jakby przyłożono mu do skóry rozszerzone węgle. Przez malutkie zakratowane okienko zobaczył księżyc w pełni. Zrozumiał, lecz nie mógł uwierzyć. Zwijał się z bólu na podłodze, poczuł, że łamią mu się kości, by zrosnąć w dziwny sposób, a organy zaczęły zmieniać swoje miejsce. Skóra pokryła mu się czarnym jak smoła futrem. W tym momencie zdał sobie sprawę, że stoi na czterech nogach, albo raczej smukłych, sprężystych łapach. Zrobił na próbę kilka kroków i zauważył, że nie sprawia mu to żadnego kłopotu. Stwierdził, że jest w jaskini, i podszedł do gładko wypolerowanej ściany, w której mógł się przejrzeć jak w lustrze. Był wielkim, prawie dwumetrowej wysokości, czarnym, o jadowicie złotych oczach... wilkiem. Potężnym, silnym i pięknym wilkiem. („Boże, jestem wilkołakiem!!!”) Był przerażony, ale również szczęśliwy, że to wszystko się wyjaśniło. Poza tym czuł się taki wolny, czuł się sobą, choć wiedział, że to dziwne, zważywszy na to, że był wielkim drapieżnikiem. Miał dobry wzrok, ale teraz, w tej postaci liczył się słuch i węch. Bez problemu docierało do niego bicie jego serca i szelest drzew. Pobiegł w stronę szumu i z zachwytem zauważył, że jest bardzo szybki. Z każdym susem wyraźniej czuł zapach żywicy i świeżego powietrza. Wyskoczył przez coś w rodzaju wyrwy na powierzchnię, gdzie czekało już na niego pięć wilków podobnych o niego, lecz żaden nie był czarny. Z pewną dumą stwierdził, że tylko jeden z nich jest od niego większy. Właśnie ten zmierzył go wzrokiem od stóp do głów i kiwnął głową z aprobatą. Pobiegł pierwszy w stronę lasu, a za nim reszta i choć byli bardzo szybcy, to Krystian nie zostawał w tyle. Drzewa zlewały się w jedno i kierował się słuchem oraz jakimś dziwnym instynktem każącym mu trzymać się stada, czy raczej sfory, jak ich w myślach nazywał. Po paru minutach byli najwyraźniej na miejscu, bo wszyscy się zatrzymali ryjąc przy okazji głębokie bruzdy w ziemi. Każdy oprócz tego, który wcześniej mu się przyglądał, pobiegł w inna stronę. Ten, najwyraźniej przywódca, został i kiwnął na niego zachęcająco głową, najwyraźniej chcąc, aby udał się z nim. Przebiegli truchtem kilkadziesiąt metrów i znowu stanęli, a wódz poruszył uszami i zaczął nasłuchiwać uważnie. Krystianowi nie zostało nic innego, tylko robić to samo. Zamknął oczy. Słyszał... szum wiatru, pohukiwanie sowy, popiskiwanie myszy, dwa bijące serca, i jeszcze coś, czego nie potrafił zidentyfikować. Skupił się na tym dźwięku. To było bicie serca, równy, silny oddech i trącenie kopytem trawy. Otworzył oczy. Wódz najwyraźniej też to usłyszał i czekał na młodego. Pobiegli w tamtą stronę prawie bezszelestnie by po chwili stanąć na skraju leśnej polany i zobaczyć dorodnego, samotnego łosia spokojnie przeżuwającego trawę. Wódz przysiadł na tylnych łapach dając szansę drugiemu. W czarnym wilku obudził się głód, władzę nad nim przejął pierwotny instynkt drapieżcy. Wiedział dokładnie, co miał robić. Zaczął się skradać, lecz gdy był już blisko łoś go usłyszał i zaczął uciekać. Łowca skoczył i powalił go na ziemię jednym uderzeniem potężnej łapy, a następnie rozszarpał pazurami gardło. Starszy wilkołak podbiegł i lekko odsłonił zęby, co zapewne było uśmiechem po wilczemu. Następnie widząc zdezorientowanie młodego, zatopił zęby w brzuchu ofiary i wyrwał kawał mięsa, by następnie je pożreć. Krystian poczuł zapach krwi i stracił resztki zahamowań. Gdy ugryzł, poczuł na języku cudowny, metaliczny smak krwi. Jedli wspólnie stojąc po dwóch stronach zwierzęcia i co chwilę trącając się nosami, aż po zakończeniu uczty zostały same kości i trochę skóry. Wrócili w miejsce, gdzie wcześniej rozdzielili się z pozostałymi. Czekała już tam na nich wilczyca ze śnieżnobiałym futrem na którym odznaczały się plamy krwi. Wódz usiadł obok niej i zaczął je zlizywać, co prawdopodobnie było oznaką czułości. W ciągu paru minut zbiegła się reszta i zaczęła z zaciekawieniem przyglądać się Krystianowi, który czuł się nieco tym speszony, lecz na szczęście nie trwało to długo. Gdy wrócili skierował się w stronę wyrwy i wskoczył do jaskini. Podekscytowanie trochę go opuściło, zdał sobie sprawę, że podczas przemiany podarł na strzępy swoje ubrania. Na szczęście na kocu leżały równo złożone nowe. Swoją drogą, ciekawe kto je tu przyniósł, skoro był pewny, że mieszkańcy tego domu, czy raczej zamku są wilkołakami. Dziwne, ale o to się zapyta później, ważne, że ma co na siebie włożyć. Gdy zaczęło szarzeć poczuł znów znajome palenie skóry. Lecz tym razem zmiana była szybka i prawie bezbolesna. Ubrał się i podszedł do drzwi, które okazały się zamknięte.
No jasne.
Dziwnie się poczuł znów używając głosu, tak samo jak w ogóle ciała człowieka. Już tęsknił za tamtym ciałem, a do następnej pełni daleko. Nie wiedząc, co ze sobą zrobić usiadł pod ścianą i spróbował sobie poukładać w głowie zdarzenia ostatniego miesiąca.
Więc po pierwsze, ugryzł mnie wilkołak i teraz też jestem wilkołakiem. Po drugie, sfora to zapewne ci, którzy mnie tu zanieśli. Po trzecie, żywię się surowym mięsem popitym krwią i wcale mi to nie przeszkadza. Po czwarte, trzeba będzie jakoś zakomunikować rodzicom, że będzie znikał co miesiąc. I czy powiedzieć Rafałowi? Pewnie się mnie przestraszy i nigdy się do mnie nie odezwie. Chociaż z drugiej strony, to mój przyjaciel, więc może... - Usłyszał dźwięk otwieranych drzwi.
Cześć Krystian. Jak tam żyjesz? - To była ta sama rudowłosa dziewczyna co wcześniej.
Eee, jakoś. I cześć.
To super. Wstawaj, idziemy na górę. No, rusz się!
Ale...
Chodź, wszystkiego się dowiesz.
Chwilę potem byli w jadalni, gdzie siedziało już przy stole pięć osób i jadło śniadanie. Uśmiechnęli się do niego przyjaźnie gdy razem z dziewczyną usiedli.
Dzień dobry Krystianie. Jak samopoczucie? („Powinienem liczyć ile razy ktoś się mnie o to zapyta. Ciekawe, czy w tydzień dojdę do tysiąca.”)
Całkiem nieźle, dziękuję.
Chciałbym przedstawić ci moją rodzinę. To jest moja żona Emilia. - Kobieta wyglądała na jakieś trzydzieści pięć lat i miło się uśmiechała. Miała włosy w bardzo jasnym odcieniu blondu.(„To zapewne ta biała wilczyca.”) - Dalej siedzi mój syn Markus. - Chłopak, na oko dwudziestoparoletni miał czarne włosy do ramion i kilka tatuaży na ramionach. Krystian stwierdził, że jest trochę straszny. - Obok niego mój drugi syn, Arketh. - Wydawał się być mniej więcej w wieku Markusa, ale sprawiał całkowicie odmienne od brata wrażenie. Miał błękitne tęczówki i krótkie blond włosy. Po dokładniejszym spojrzeniu można było zauważyć cienką szramę na jego policzku zapewne ślad po jakiejś walce. - A obok ciebie siedzi dziewczyna Arketha, a moja przybrana córka, Lilian. - Krystian pomyślał, że to bardzo odpowiednie imię, gdyż gdy światło padało na jej czarne włosy pojawiały się na nich liliowe refleksy. - A ja jestem Martinus, ale wszyscy mi mówią wodzu, co jest co najmniej dziwne. Niestety nie potrafię ich tego oduczyć. - Zaśmiał się lekko. - Sylię już znasz. Ona jako jedyna spośród nas nie jest jeszcze wilkiem.
Miło mi was wszystkich poznać. Ale co z moim tatą?
Myśli, że jesteś w specjalnej klinice, ale będziemy musieli mu powiedzieć prawdę. Na razie zostajesz tutaj i się uczysz. Ale to po śniadaniu. Teraz smacznego.
Podczas jedzenia rozmawiał z Sylią, która mimo pierwszego wrażenia okazała się całkiem miła.
A, i mów mi Ruda.
Ok. Dlaczego mówicie na Martinusa wodzu, skoro on tego nie lubi?
Bo jest przywódcą sfory. No i lubimy go tym denerwować.
Hej, gołąbeczki! - Markus zawołał ze złośliwym uśmiechem. Odwrócili się od siebie i okazało się, że wszyscy skończyli i na nich czekają. Ruda się lekko zaróżowiła.
Młody, idziemy na trening! Dokopię ci, zobaczysz. - Chłopak był najwyraźniej wniebowzięty.
Jedziemy do lekarza.
Pomógł Krystianowi wstać i dojść do łazienki, a sam zszedł na dół zadzwonić do żony, która robiła zakupy z Aleksandrem. Wrócił dziesięć minut później i zawiązał synowi buty, bo on nie był w stanie. Potem sprowadził go do samochodu i posadził na przednim siedzeniu. Wiedział, że nie potrafi tego okazywać, ale bardzo kochał syna i zawsze starał się o niego troszczyć. Po drodze starał się wypytać go delikatnie, czy nie wziął czegoś, czego nie powinien, ale nie dostał żadnej odpowiedzi. Na miejscu praktycznie zaniósł go pod gabinet lekarza, który widząc jego stan przyjął go bez kolejki. Krystian niezbyt wiedział, co się wokół niego dzieje. Widział przestraszona minę ojca nad sobą oraz lekarza, który najwyraźniej nie wiedział, co robić. Po sprawdzeniu tętna był zdezorientowany, ale gdy zmierzył temperaturę już wyraźnie zbladł.
Muszę wezwać panią Selter. Jest ona specjalistką od dziwnych przypadków, na pewno wam pomoże. Ja, niestety, nic tu nie zdziałam. - Po tych słowach wyszedł. Jakieś trzy minuty później pojawiła się pani Selter. Była to wysoka blondynka o dziwnych, piwnych oczach. Miała szczupłą twarz i delikatne dłonie, lecz mimo tego roztaczała aurę siły i pewności siebie. Chłopak pomyślał, że na pewno ją polubi. Wydawała się taka znajoma, lecz był pewny, że widzi ją pierwszy raz w życiu. Dziwne.
Gdy spojrzała na Krystiana, w jej pięknych tęczówkach pojawiła się iskra zrozumienia. Poprosiła starszego mężczyznę o wyjście z gabinetu i zamknięcie drzwi. Po tym usiadła na brzegu łóżka, na którym leżał Krystian i zaczęła uspokajająco gładzić jego rękę. Miała miły, przyjemny dla ucha głos.
Krystian, słyszysz mnie? Daj mi jakiś znak, cokolwiek. Mogę ci pomóc, jeżeli tylko mnie wysłuchasz. - Chłopak na znak, że słyszy ścisnął lekko jej rękę. Przynajmniej taki miał zamiar, bo wyszło z tego ledwo muśnięcie, ale wystarczyło. - Dobrze. Na początek mam do ciebie pytanie. Czy miesiąc temu zdarzyło się coś dziwnego, ktoś cię zaatakował może albo pobił? - kolejne muśnięcie. - Dziękuję. - Wzięła głęboki wdech. - Teraz ciężko ci to będzie zrozumieć, ale nie jesteś już tym, kim byłeś wcześniej. Jesteś jednym z nas, Istot Palącej Krwi, naszym bratem. Dzisiaj w nocy przejdziesz przemianę i wszystko zrozumiesz, i chociaż będzie ona bolesna i trudna, to później będzie już lepiej. Zabiorę cię do bezpiecznego miejsca i zajmę się tobą, abyś nie skrzywdził nikogo, na kim ci zależy. Wiem, jak się czujesz, ale jeszcze tylko parę godzin i to się skończy, zaufaj mi.
Krystian nadal nie wiedział, co się dzieje, wręcz przeciwnie, pojawiło się więcej pytań. Ale czuł się lepiej na myśl, że jest ktoś, kto zna na nie odpowiedzi. Już nie jest sam. I z lekkim uśmiechem, zapadł w sen. Gdy się obudził, leżał na kanapie w niewielkim, ale przytulnym pokoju. Rozejrzał się uważnie i stwierdził w myślach, że jego wystrój kojarzy mu się ze starym zamkiem jakiegoś bogatego rodu. Meble były z mahoniu, a obicia krzeseł wyglądały na jedwabne. Wykończenia były ze złota, a na stole stały misternie rzeźbione kieliszki wypełnione złotym płynem. Dopiero po chwili zauważył, że nie jest sam.
Obudziłeś się w końcu. Najwyższy czas, jeszcze trochę, a wylałabym na ciebie wiadro zimnej wody.
Dziewczyna, która się do niego odezwała siedziała na jednym z tych pięknych krzeseł. Była szczupła i miała ciemnorude włosy i złote tęczówki. Gdy mówiła słuchacz mimowolnie zwracał uwagę na jej kształtne, malinowe usta. Ubrana była w zwykłe jeansy i białą koszulkę, a na lewej ręce miała cienki łańcuszek, do którego przyczepionych było kilkanaście maleńkich, srebrnych kluczyków.
Nie odpowiadaj, wiem, że nie dasz rady w tym stanie („Czemu wszyscy wiedzą co się ze mną dzieje, tylko nie ja?!”). Zaraz cię stąd zabiorą do Jamy. No i cóż, zostało mi tylko życzyć ci powodzenia.
Wyszła z pokoju, a do chłopaka powróciło gorąco i ból głowy, które podczas rozmowy z dziewczyną jakby przycichły, lecz teraz wróciły ze zdwojoną mocą. W jednej chwili światło zaczęło go niemiłosiernie razić w oczy, więc je boleśnie zacisnął, lecz niewiele to pomogło. Lekki szum wiatru za oknem wydawał mu się krzykiem. Ból rozsadzał mu czaszkę, dobiegające zewsząd zapachy mieszały się i przyprawiały go o mdłości. Krzyk nie mógł mu przejść przed palące gardło. Usłyszany strzęp rozmowy boleśnie poranił mu uszy.
Tak, pewnie już niedługo. Ale czemu nic nie wiedzieliśmy? Przecież ten chłopak musiał... - Dźwięk otwieranych drzwi – O mój Boże... Szybko! - Krzyknął z bólu, gdy usłyszał krzyk mężczyzny. Zauważył on swoją pomyłkę i na migi rozkazał pozostałym ciszę. Ktoś silny wziął chłopaka na ręce i szybko zniósł na dół. Schody, drzwi, znowu schody... na końcu grube stalowe drzwi z zamkiem z tytanu. Wnieśli go tam i położyli na ciepłym kocu, który był najwyraźniej jedyną rzeczą w tym pomieszczeniu.
Będzie dobrze, zobaczysz, już za chwilę wszystko zrozumiesz. Rano ktoś po ciebie przyjdzie. - Chłopak zaczął z trudem łapać powietrze. - Wychodzić natychmiast! Wszyscy!
Krystian został sam. Trząsł się, całe ciało go paliło jakby przyłożono mu do skóry rozszerzone węgle. Przez malutkie zakratowane okienko zobaczył księżyc w pełni. Zrozumiał, lecz nie mógł uwierzyć. Zwijał się z bólu na podłodze, poczuł, że łamią mu się kości, by zrosnąć w dziwny sposób, a organy zaczęły zmieniać swoje miejsce. Skóra pokryła mu się czarnym jak smoła futrem. W tym momencie zdał sobie sprawę, że stoi na czterech nogach, albo raczej smukłych, sprężystych łapach. Zrobił na próbę kilka kroków i zauważył, że nie sprawia mu to żadnego kłopotu. Stwierdził, że jest w jaskini, i podszedł do gładko wypolerowanej ściany, w której mógł się przejrzeć jak w lustrze. Był wielkim, prawie dwumetrowej wysokości, czarnym, o jadowicie złotych oczach... wilkiem. Potężnym, silnym i pięknym wilkiem. („Boże, jestem wilkołakiem!!!”) Był przerażony, ale również szczęśliwy, że to wszystko się wyjaśniło. Poza tym czuł się taki wolny, czuł się sobą, choć wiedział, że to dziwne, zważywszy na to, że był wielkim drapieżnikiem. Miał dobry wzrok, ale teraz, w tej postaci liczył się słuch i węch. Bez problemu docierało do niego bicie jego serca i szelest drzew. Pobiegł w stronę szumu i z zachwytem zauważył, że jest bardzo szybki. Z każdym susem wyraźniej czuł zapach żywicy i świeżego powietrza. Wyskoczył przez coś w rodzaju wyrwy na powierzchnię, gdzie czekało już na niego pięć wilków podobnych o niego, lecz żaden nie był czarny. Z pewną dumą stwierdził, że tylko jeden z nich jest od niego większy. Właśnie ten zmierzył go wzrokiem od stóp do głów i kiwnął głową z aprobatą. Pobiegł pierwszy w stronę lasu, a za nim reszta i choć byli bardzo szybcy, to Krystian nie zostawał w tyle. Drzewa zlewały się w jedno i kierował się słuchem oraz jakimś dziwnym instynktem każącym mu trzymać się stada, czy raczej sfory, jak ich w myślach nazywał. Po paru minutach byli najwyraźniej na miejscu, bo wszyscy się zatrzymali ryjąc przy okazji głębokie bruzdy w ziemi. Każdy oprócz tego, który wcześniej mu się przyglądał, pobiegł w inna stronę. Ten, najwyraźniej przywódca, został i kiwnął na niego zachęcająco głową, najwyraźniej chcąc, aby udał się z nim. Przebiegli truchtem kilkadziesiąt metrów i znowu stanęli, a wódz poruszył uszami i zaczął nasłuchiwać uważnie. Krystianowi nie zostało nic innego, tylko robić to samo. Zamknął oczy. Słyszał... szum wiatru, pohukiwanie sowy, popiskiwanie myszy, dwa bijące serca, i jeszcze coś, czego nie potrafił zidentyfikować. Skupił się na tym dźwięku. To było bicie serca, równy, silny oddech i trącenie kopytem trawy. Otworzył oczy. Wódz najwyraźniej też to usłyszał i czekał na młodego. Pobiegli w tamtą stronę prawie bezszelestnie by po chwili stanąć na skraju leśnej polany i zobaczyć dorodnego, samotnego łosia spokojnie przeżuwającego trawę. Wódz przysiadł na tylnych łapach dając szansę drugiemu. W czarnym wilku obudził się głód, władzę nad nim przejął pierwotny instynkt drapieżcy. Wiedział dokładnie, co miał robić. Zaczął się skradać, lecz gdy był już blisko łoś go usłyszał i zaczął uciekać. Łowca skoczył i powalił go na ziemię jednym uderzeniem potężnej łapy, a następnie rozszarpał pazurami gardło. Starszy wilkołak podbiegł i lekko odsłonił zęby, co zapewne było uśmiechem po wilczemu. Następnie widząc zdezorientowanie młodego, zatopił zęby w brzuchu ofiary i wyrwał kawał mięsa, by następnie je pożreć. Krystian poczuł zapach krwi i stracił resztki zahamowań. Gdy ugryzł, poczuł na języku cudowny, metaliczny smak krwi. Jedli wspólnie stojąc po dwóch stronach zwierzęcia i co chwilę trącając się nosami, aż po zakończeniu uczty zostały same kości i trochę skóry. Wrócili w miejsce, gdzie wcześniej rozdzielili się z pozostałymi. Czekała już tam na nich wilczyca ze śnieżnobiałym futrem na którym odznaczały się plamy krwi. Wódz usiadł obok niej i zaczął je zlizywać, co prawdopodobnie było oznaką czułości. W ciągu paru minut zbiegła się reszta i zaczęła z zaciekawieniem przyglądać się Krystianowi, który czuł się nieco tym speszony, lecz na szczęście nie trwało to długo. Gdy wrócili skierował się w stronę wyrwy i wskoczył do jaskini. Podekscytowanie trochę go opuściło, zdał sobie sprawę, że podczas przemiany podarł na strzępy swoje ubrania. Na szczęście na kocu leżały równo złożone nowe. Swoją drogą, ciekawe kto je tu przyniósł, skoro był pewny, że mieszkańcy tego domu, czy raczej zamku są wilkołakami. Dziwne, ale o to się zapyta później, ważne, że ma co na siebie włożyć. Gdy zaczęło szarzeć poczuł znów znajome palenie skóry. Lecz tym razem zmiana była szybka i prawie bezbolesna. Ubrał się i podszedł do drzwi, które okazały się zamknięte.
No jasne.
Dziwnie się poczuł znów używając głosu, tak samo jak w ogóle ciała człowieka. Już tęsknił za tamtym ciałem, a do następnej pełni daleko. Nie wiedząc, co ze sobą zrobić usiadł pod ścianą i spróbował sobie poukładać w głowie zdarzenia ostatniego miesiąca.
Więc po pierwsze, ugryzł mnie wilkołak i teraz też jestem wilkołakiem. Po drugie, sfora to zapewne ci, którzy mnie tu zanieśli. Po trzecie, żywię się surowym mięsem popitym krwią i wcale mi to nie przeszkadza. Po czwarte, trzeba będzie jakoś zakomunikować rodzicom, że będzie znikał co miesiąc. I czy powiedzieć Rafałowi? Pewnie się mnie przestraszy i nigdy się do mnie nie odezwie. Chociaż z drugiej strony, to mój przyjaciel, więc może... - Usłyszał dźwięk otwieranych drzwi.
Cześć Krystian. Jak tam żyjesz? - To była ta sama rudowłosa dziewczyna co wcześniej.
Eee, jakoś. I cześć.
To super. Wstawaj, idziemy na górę. No, rusz się!
Ale...
Chodź, wszystkiego się dowiesz.
Chwilę potem byli w jadalni, gdzie siedziało już przy stole pięć osób i jadło śniadanie. Uśmiechnęli się do niego przyjaźnie gdy razem z dziewczyną usiedli.
Dzień dobry Krystianie. Jak samopoczucie? („Powinienem liczyć ile razy ktoś się mnie o to zapyta. Ciekawe, czy w tydzień dojdę do tysiąca.”)
Całkiem nieźle, dziękuję.
Chciałbym przedstawić ci moją rodzinę. To jest moja żona Emilia. - Kobieta wyglądała na jakieś trzydzieści pięć lat i miło się uśmiechała. Miała włosy w bardzo jasnym odcieniu blondu.(„To zapewne ta biała wilczyca.”) - Dalej siedzi mój syn Markus. - Chłopak, na oko dwudziestoparoletni miał czarne włosy do ramion i kilka tatuaży na ramionach. Krystian stwierdził, że jest trochę straszny. - Obok niego mój drugi syn, Arketh. - Wydawał się być mniej więcej w wieku Markusa, ale sprawiał całkowicie odmienne od brata wrażenie. Miał błękitne tęczówki i krótkie blond włosy. Po dokładniejszym spojrzeniu można było zauważyć cienką szramę na jego policzku zapewne ślad po jakiejś walce. - A obok ciebie siedzi dziewczyna Arketha, a moja przybrana córka, Lilian. - Krystian pomyślał, że to bardzo odpowiednie imię, gdyż gdy światło padało na jej czarne włosy pojawiały się na nich liliowe refleksy. - A ja jestem Martinus, ale wszyscy mi mówią wodzu, co jest co najmniej dziwne. Niestety nie potrafię ich tego oduczyć. - Zaśmiał się lekko. - Sylię już znasz. Ona jako jedyna spośród nas nie jest jeszcze wilkiem.
Miło mi was wszystkich poznać. Ale co z moim tatą?
Myśli, że jesteś w specjalnej klinice, ale będziemy musieli mu powiedzieć prawdę. Na razie zostajesz tutaj i się uczysz. Ale to po śniadaniu. Teraz smacznego.
Podczas jedzenia rozmawiał z Sylią, która mimo pierwszego wrażenia okazała się całkiem miła.
A, i mów mi Ruda.
Ok. Dlaczego mówicie na Martinusa wodzu, skoro on tego nie lubi?
Bo jest przywódcą sfory. No i lubimy go tym denerwować.
Hej, gołąbeczki! - Markus zawołał ze złośliwym uśmiechem. Odwrócili się od siebie i okazało się, że wszyscy skończyli i na nich czekają. Ruda się lekko zaróżowiła.
Młody, idziemy na trening! Dokopię ci, zobaczysz. - Chłopak był najwyraźniej wniebowzięty.
2 Miłość wbrew nienawiści
Trzy tygodnie minęły podobnie. Krystian zauważył, że coraz lepiej idzie mu nauka, tak jakby jego umysł stał się nagle bardziej przejrzysty i sprawny. Poprawiła się też jego kondycja, więc wuef przestał być taką katorgą jak wcześniej. Przynajmniej tak było do tego dnia.
Chłopak obudził się czując ból w klatce piersiowej, z trudem łapał powietrze. Dopiero po paru minutach zdołał się uspokoić i w miarę normalnie oddychać.
„Co się ze mną do cholery dzieje?!” Wstał powoli i gdy się ubrał zszedł na śniadanie. Olek jak zwykle był w centrum zainteresowania rodziców.
Tak, idę dzisiaj na rozmowę kwalifikacyjną. Nie, wcale się nie denerwuję, jestem przygotowany, no i jestem na pewno najlepszym kandydatem.
Dobrze, że nie pożałowaliśmy na kurs dla ciebie, „a, to dlatego mam ostatnio niższe kieszonkowe, pomyślał gorzko Krystian” teraz możemy już tylko kupić ci prezent z okazji zdobycia pierwszej pracy, i to na jakim stanowisku! - matka chłopców była wyraźnie wniebowzięta.
Dokładnie, zastępca dyrektora do spraw marketingu w firmie informatycznej to miejsce dla mnie. Przecież chyba nie wyobrażaliście mnie sobie układającego towar w sklepie albo roznoszącego ulotki, jak większość moich rówieśników. To nie moje progi.
Ależ oczywiście, kochanie, i myślę, że z twoimi umiejętnościami już niedługo awansujesz, prawda? - zwróciła się do męża czytającego gazetę. Młodszy z chłopaków był pewny, że nie wiedział, o co go zapytała.
Na pewno masz rację. Krystian, rusz się!
Tak tato, już idę. - podniósł się nawet nie próbując ukryć swojej niechęci, lecz nikt nie zwrócił na to uwagi. Parę minut później rozmawiał już z Rafałem w autobusie.
Wyobrażasz sobie?! Już mówią, jakby został co najmniej właścicielem tej firmy, a on nawet jeszcze nie dostał tej pracy!
Głupi maminsynek, tyle ci powiem. Źle spałeś, jesteś blady jak jakiś wampir albo nasza matematyczka. - zaśmiał się pod nosem z własnego dowcipu.
A nie wiem, ale to nic. Co do matematyczki, to wydaje mi się, że wspominała coś o jakimś sprawdzianie, czy mi się wydaje?
Żartujesz, prawda? Na pewno, bo klasówka jest dzisiaj. Prawda? - Krystian uderzył się w czoło. Zapomniał.
Godzinę później siedział w ławce i wpatrywał się tępo w kartkę. Wiedza nagle postanowiła ulecieć z jego głowy i zostawić go na pastwę potęg i pierwiastków. Zaczął modlić się w myślach o cud. Nagle cyfry zaczęły mu się zlewać w jedno, a cały świat wirować mu przed oczami. Kręciło mu się w głowie, tak samo jak rano.
Rostowski! Co ci jest?
Słabo mi, proszę pani. Mogę wyjść na chwilę odetchnąć? - nauczycielka najwyraźniej nie była zachwycona tym pomysłem.
No dobrze, ale zaraz masz wracać i pisać klasówkę. Marciniak, idź z nim.
Rafał popatrzył na przyjaciela zdziwiony, lecz zaraz wziął go pod ramię i razem wyszli na korytarz odprowadzani spojrzeniami całej klasy. A przynajmniej tych, którzy nie wykorzystali zamieszania na ściąganie.
Kryśka, naćpałeś się czegoś czy co? Masz przekrwione oczy. Przyznaj się nikomu nie powiem.
Niczego nie brałem, weź się ogarnij. To z przemęczenia, tyle nam ostatnio dowalili, sam rozumiesz. - Rafał nie wyglądał na przekonanego, ale widząc stan kumpla nie naciskał.
Okej, jak już ci lepiej to wracajmy. I lepiej uważaj, żeby żaden nauczyciel się ci nie przyglądał, bo ich tak łatwo nie zbędziesz i zaczną coś podejrzewać. Wiesz jacy oni są. - Krystian pokiwał głową i wrócili na salę. Otępienie trochę zelżało i był w stanie napisać choć trochę. Nie liczył jednak na dobrą ocenę.
Przez resztę lekcji był zmęczony, i gdy w końcu znalazł się w swoim pokoju dziękował za to wszystkim bogom. Niestety jego szczęście nie trwało długo, bo zaraz przyszli jego rodzice wraz z Olkiem. Nieśli wielki tort czekoladowy posypany orzechami. Oznaczało to tylko jedno.
Kochanie, jestem z ciebie taka dumna. Zawsze wiedziałam, że daleko zajdziesz. Siadaj, pewnie jesteś zmęczony, a ja pokroję tort. - Olek uśmiechał się w wyższością. Mama chłopców zaszczyciła młodszego syna przelotnym spojrzeniem.
Krystian, umyj ręce i nakryj do stołu. Dzisiaj twój brat ma wielki dzień, więc się zachowuj. Zrozumiano?
Jasne. - Gdy już wszystko było gotowe zmusił się do niemrawych gratulacji, lecz myślał, że zaraz uderzy brata i zetrze mu tę minę w stylu „Nigdy nie będziesz tak dobry jak ja” z twarzy.
Gdy zobaczył kawałek ciasta na swoim talerzu, zrobiło mu się niedobrze. A przecież zawsze kochał czekoladę. Pomyślał, że to przez to, że to tort Aleksandra.
Nie jestem głodny. Chyba pójdę do pokoju.
Jak chcesz. - tata nawet na niego nie spojrzał.
„Co się ze mną dzieje, do cholery?! Czemu mi tak gorąco, czemu mam mroczki przed oczami, i czemu nie mogę nawet patrzeć na jedzenie?! Cholera!” Położył się na łóżku i prawie natychmiast zasnął. Rzucał się we śnie i krzyczał w poduszkę. Gdy mama obudziła go wołaniem na kolację, na samą myśl o jedzeniu dostał zawrotów głowy. Odkrzyknął słabym głosem, że nie jest głodny. Jego tata przyszedł dowiedzieć się, co się dzieje, lecz Krystian nie chciał z nim rozmawiać, więc odpuścił, ale widać było, że się martwi. W nocy było jeszcze gorzej, budził się i zasypiał co chwilę, piekły go oczy, a dłonie strasznie swędziały. Zaczął czuć dziwny głód, chciało mu się czegoś, ale nie miał pojęcia czego. Od zapachów chciało mu się wymiotować, czuł, jakby jego płuca miały się rozerwać, a skóra paliła. Spał tylko dwie godziny, lecz sen nie przyniósł wytchnienia, wręcz przeciwnie, miał same koszmary. Rano wpadające przez okno słońce raziło go jakby do szyby przyłożono laser, a ćwierkanie ptaków rozsadzało mu czaszkę. Jedynym pozytywem było to, że była sobota i nie trzeba iść do szkoły. Jednak Krystian nie był w stanie o tym myśleć, czuł się jak wrak człowieka. W tej chwili chciał, żeby ktoś usiadł obok i wytłumaczył, co się dzieje. Ktokolwiek. Ale nikogo nie było.
Chłopak obudził się czując ból w klatce piersiowej, z trudem łapał powietrze. Dopiero po paru minutach zdołał się uspokoić i w miarę normalnie oddychać.
„Co się ze mną do cholery dzieje?!” Wstał powoli i gdy się ubrał zszedł na śniadanie. Olek jak zwykle był w centrum zainteresowania rodziców.
Tak, idę dzisiaj na rozmowę kwalifikacyjną. Nie, wcale się nie denerwuję, jestem przygotowany, no i jestem na pewno najlepszym kandydatem.
Dobrze, że nie pożałowaliśmy na kurs dla ciebie, „a, to dlatego mam ostatnio niższe kieszonkowe, pomyślał gorzko Krystian” teraz możemy już tylko kupić ci prezent z okazji zdobycia pierwszej pracy, i to na jakim stanowisku! - matka chłopców była wyraźnie wniebowzięta.
Dokładnie, zastępca dyrektora do spraw marketingu w firmie informatycznej to miejsce dla mnie. Przecież chyba nie wyobrażaliście mnie sobie układającego towar w sklepie albo roznoszącego ulotki, jak większość moich rówieśników. To nie moje progi.
Ależ oczywiście, kochanie, i myślę, że z twoimi umiejętnościami już niedługo awansujesz, prawda? - zwróciła się do męża czytającego gazetę. Młodszy z chłopaków był pewny, że nie wiedział, o co go zapytała.
Na pewno masz rację. Krystian, rusz się!
Tak tato, już idę. - podniósł się nawet nie próbując ukryć swojej niechęci, lecz nikt nie zwrócił na to uwagi. Parę minut później rozmawiał już z Rafałem w autobusie.
Wyobrażasz sobie?! Już mówią, jakby został co najmniej właścicielem tej firmy, a on nawet jeszcze nie dostał tej pracy!
Głupi maminsynek, tyle ci powiem. Źle spałeś, jesteś blady jak jakiś wampir albo nasza matematyczka. - zaśmiał się pod nosem z własnego dowcipu.
A nie wiem, ale to nic. Co do matematyczki, to wydaje mi się, że wspominała coś o jakimś sprawdzianie, czy mi się wydaje?
Żartujesz, prawda? Na pewno, bo klasówka jest dzisiaj. Prawda? - Krystian uderzył się w czoło. Zapomniał.
Godzinę później siedział w ławce i wpatrywał się tępo w kartkę. Wiedza nagle postanowiła ulecieć z jego głowy i zostawić go na pastwę potęg i pierwiastków. Zaczął modlić się w myślach o cud. Nagle cyfry zaczęły mu się zlewać w jedno, a cały świat wirować mu przed oczami. Kręciło mu się w głowie, tak samo jak rano.
Rostowski! Co ci jest?
Słabo mi, proszę pani. Mogę wyjść na chwilę odetchnąć? - nauczycielka najwyraźniej nie była zachwycona tym pomysłem.
No dobrze, ale zaraz masz wracać i pisać klasówkę. Marciniak, idź z nim.
Rafał popatrzył na przyjaciela zdziwiony, lecz zaraz wziął go pod ramię i razem wyszli na korytarz odprowadzani spojrzeniami całej klasy. A przynajmniej tych, którzy nie wykorzystali zamieszania na ściąganie.
Kryśka, naćpałeś się czegoś czy co? Masz przekrwione oczy. Przyznaj się nikomu nie powiem.
Niczego nie brałem, weź się ogarnij. To z przemęczenia, tyle nam ostatnio dowalili, sam rozumiesz. - Rafał nie wyglądał na przekonanego, ale widząc stan kumpla nie naciskał.
Okej, jak już ci lepiej to wracajmy. I lepiej uważaj, żeby żaden nauczyciel się ci nie przyglądał, bo ich tak łatwo nie zbędziesz i zaczną coś podejrzewać. Wiesz jacy oni są. - Krystian pokiwał głową i wrócili na salę. Otępienie trochę zelżało i był w stanie napisać choć trochę. Nie liczył jednak na dobrą ocenę.
Przez resztę lekcji był zmęczony, i gdy w końcu znalazł się w swoim pokoju dziękował za to wszystkim bogom. Niestety jego szczęście nie trwało długo, bo zaraz przyszli jego rodzice wraz z Olkiem. Nieśli wielki tort czekoladowy posypany orzechami. Oznaczało to tylko jedno.
Kochanie, jestem z ciebie taka dumna. Zawsze wiedziałam, że daleko zajdziesz. Siadaj, pewnie jesteś zmęczony, a ja pokroję tort. - Olek uśmiechał się w wyższością. Mama chłopców zaszczyciła młodszego syna przelotnym spojrzeniem.
Krystian, umyj ręce i nakryj do stołu. Dzisiaj twój brat ma wielki dzień, więc się zachowuj. Zrozumiano?
Jasne. - Gdy już wszystko było gotowe zmusił się do niemrawych gratulacji, lecz myślał, że zaraz uderzy brata i zetrze mu tę minę w stylu „Nigdy nie będziesz tak dobry jak ja” z twarzy.
Gdy zobaczył kawałek ciasta na swoim talerzu, zrobiło mu się niedobrze. A przecież zawsze kochał czekoladę. Pomyślał, że to przez to, że to tort Aleksandra.
Nie jestem głodny. Chyba pójdę do pokoju.
Jak chcesz. - tata nawet na niego nie spojrzał.
„Co się ze mną dzieje, do cholery?! Czemu mi tak gorąco, czemu mam mroczki przed oczami, i czemu nie mogę nawet patrzeć na jedzenie?! Cholera!” Położył się na łóżku i prawie natychmiast zasnął. Rzucał się we śnie i krzyczał w poduszkę. Gdy mama obudziła go wołaniem na kolację, na samą myśl o jedzeniu dostał zawrotów głowy. Odkrzyknął słabym głosem, że nie jest głodny. Jego tata przyszedł dowiedzieć się, co się dzieje, lecz Krystian nie chciał z nim rozmawiać, więc odpuścił, ale widać było, że się martwi. W nocy było jeszcze gorzej, budził się i zasypiał co chwilę, piekły go oczy, a dłonie strasznie swędziały. Zaczął czuć dziwny głód, chciało mu się czegoś, ale nie miał pojęcia czego. Od zapachów chciało mu się wymiotować, czuł, jakby jego płuca miały się rozerwać, a skóra paliła. Spał tylko dwie godziny, lecz sen nie przyniósł wytchnienia, wręcz przeciwnie, miał same koszmary. Rano wpadające przez okno słońce raziło go jakby do szyby przyłożono laser, a ćwierkanie ptaków rozsadzało mu czaszkę. Jedynym pozytywem było to, że była sobota i nie trzeba iść do szkoły. Jednak Krystian nie był w stanie o tym myśleć, czuł się jak wrak człowieka. W tej chwili chciał, żeby ktoś usiadł obok i wytłumaczył, co się dzieje. Ktokolwiek. Ale nikogo nie było.
1 Miłość wbrew nienawiści
Jasne. Po prostu musiał się spóźnić na ostatni autobus i wracać na piechotę do domu o dziewiątej w nocy. Przynajmniej nie padało, chociaż z jego szczęściem pewnie będzie oberwanie chmury. Bo los bardzo lubi mu robić wszystko na złość. Rany, ale rodzice będą wkurzeni...
Szelest. Jakiś cień przesunął pod ścianą. Drgnął. Eh, to pewnie jakiś bezpański kot pląta się po zmroku i wyjada z śmietników. Jest przewrażliwiony.
Czerwone oczy wyłoniły się z mroku. Błysk zębów.
Powoli rozchyla powieki, ostre poranne światło razi oczy. Zwleka się z łóżka i idzie do łazienki. „Jak się tu znalazłem? Nic nie pamiętam. O nie, pewnie się upiłem i kumple mnie przywieźli. Tata mnie zabije, jak zobaczy że mam kaca.” Przetarł dłonią zaparowane lustro. Zamarł.
Jego tęczówki pociemniały, były prawie czarne, włosy wydłuzyły się parę centymetrów, a on jakoś, podrósł? Chociaż to może dzieki, temu, że przestał się garbić. Ale jak to możliwe? „Pewnie nie zauważyłem tego, nie zwracam uwagi na wygląd. A u fryzjera tez jakiś czas nie byłem.” Ale dobrze wiedział, że to nieprawda, że coś się stało tej nocy.
Krystian, pospiesz się, bo się spóźnisz do szkoły. Jedziemy dzisiaj z Olkiem kupić mu garnitur, więc nas nie będzie jak wrócisz. Twój brat musi elegancko wyglądać na odebraniu nagrody.
Aleksander, jego „idealny” starszy brat. Wiecznie tylko „A Olek w twoim wieku to, a Olek tamto...” Straszne. Jakby jego tu nie było. Nikt też nie zauważyl zmian.
Skończył śniadanie i wyszedł na dwór. W dwie minuty był na przystanku autobusowym. Autobusowym? Coś mu świta, coś złego się zdarzyło poprzedniego wieczora. Było ciemno, a on...
Kryśka! - z rozmyślań wyrwał go głos jego najlepszego kumpla – coś ty taki zaspany? Dzisiaj mecz!
No tak, Rafał, zagorzały fan piłki nożnej. Potrafił godzinami opowiadać o róznych klubach i roztrząsać taktyki. A Krystian... on raczej nie był zbyt wysportowany, prawdę powiedziawszy był okropną łamagą, co przy każdej nadarzającej się okazji ich nauczyciel wuefu dobitnie udowadniał. Ale czego się nie robi dla przyjaźni?
Tak, już nie mogę się doczekać. Jak myślisz, kto wygra? - Tyle wystarczy, aby Rafał czuł się wysłuchany i zaczął opowiadać o poszczególnych zawodnikach przez najbliższe trzy godziny.
Krystian westchnął w duchu, bo nauczycielka historii zaczęła odpytywanie, a on, oczywiście zapomniał się nauczyć. Rozejrzał się po klasie, na twarzy każdego widniała mina „Tylko Nie Ja”. Pani Falecka zauważyła jego spojrzenie.
Rostowski! Gdzie, według mitologii greckiej znajdowała się kuźnia Hefajstosa?
Przecież gdzieś o tym słyszał. W Troi? Na Olimpie? Już po nim.
W kraterze Etny proszę pani. - odpowiedź popłynęła automatycznie, jakby to mówił ktoś inny. Nauczycielka wyglądała na zdziwioną.
Co tam wykuwano?
Pioruny dla Zeusa, proszę pani.
Kto pomagał Hefajstosowi?
Cyklopi, proszę pani.
Gdzie była uwięziona reszta cyklopów?
W Tartarze, proszę pani.
Hm, no dobrze, coś tam umiesz. Siadaj.
Nie obchodziły go spojrzenia rzucane w jego stronę, schował twarz w dłonie i zastanowił się nad tym, co się stało. Niby nic, ktoś mu to kiedyś mówił, ale on to już dawno zapomniał. Jak to się stało, że nagle go olśniło? Dziwne.
Stary, to było niesamowite, ale ją zagiąłeś! A wiesz, przypomniało mi się jak raz Luis Suarez, wiesz który, zaskoczył wszystkich i podczas półfinałów...
Dzwonek go uratował przed wysłuchaniem długiej tyrady na temat piłkarza, o którym słyszał pierwszy raz w życiu. Chociaż, gdy przypomniał sobie, jaką mają ostatnią lekcję, to wolałby jednak słuchać. Jednym słowem, wuef.
Stawać w szeregu i wybieramy drużyny! Gramy dzisiaj w kosza!
No cudnie. Jak nic złamie sobie rękę twardą piłką albo, co gorsza, przez niego przegrają. Został wybrany ostatni.
Piłka leciała w jego stronę. O nie, zaraz znowu się zbłaźni. Kto normalny rzuca do niego, i to na środku boiska?! Te przemyślenia zajęły mu zaledwie ułamek sekundy. W następnym złapał pewnie piłkę, kozioł, wyskok, rzut... trafił. Naprawdę trafił. Drużyna spojrzała na niego zdumiona. W końcu ciszę przerwał Rafał.
Kryśka, dobrze! - pokazał mu uniesiony kciuk i pobiegł po piłkę.
W domu poszedł do łazienki i wszedł pod prysznic. Musiał się odstresować po tym wszystkim. Nagle poczuł ból w karku. Podszedł do lustra i zobaczył lekko zaróżowione blizny, jakby po batach, albo może, pazurach. Tylko skąd on to ma? Nie przypominał sobie, aby pogryzł go jakiś pies, albo żeby wpadł w jakieś zarośla, Chociaż, niezbyt pamiętał, co się działo poprzedniego wieczora, całkiem możliwe że po pijaku się gdzieś wywrócił i podrapał. Nie ma co się przejmować, trzeba tylko pilnować, żeby rodzice nic nie zauważyli, bo będzie miał niemałe kłopoty. Zszedł na dół i wstawił wodę na herbatę. Drzwi otworzyły się i weszła jego rodzinka. Rodzice byli najwyraźniej podekscytowani, a Olek niósł w rękach zafoliowany garnitur i uśmiechał się z pobłażaniem.
Co tam w szkole?
Trafiłem do kosza na wuefie i dobrze odpowiedziałem na historii.
E tam, twój brat w twoim wieku był kapitanem drużyny, a w szkole miał same piątki. Postarałbyś się bardziej.
W nocy źle spał. Dręczyły go koszmary o czerwonych oczach wyłaniających się z mroku.
Szelest. Jakiś cień przesunął pod ścianą. Drgnął. Eh, to pewnie jakiś bezpański kot pląta się po zmroku i wyjada z śmietników. Jest przewrażliwiony.
Czerwone oczy wyłoniły się z mroku. Błysk zębów.
Powoli rozchyla powieki, ostre poranne światło razi oczy. Zwleka się z łóżka i idzie do łazienki. „Jak się tu znalazłem? Nic nie pamiętam. O nie, pewnie się upiłem i kumple mnie przywieźli. Tata mnie zabije, jak zobaczy że mam kaca.” Przetarł dłonią zaparowane lustro. Zamarł.
Jego tęczówki pociemniały, były prawie czarne, włosy wydłuzyły się parę centymetrów, a on jakoś, podrósł? Chociaż to może dzieki, temu, że przestał się garbić. Ale jak to możliwe? „Pewnie nie zauważyłem tego, nie zwracam uwagi na wygląd. A u fryzjera tez jakiś czas nie byłem.” Ale dobrze wiedział, że to nieprawda, że coś się stało tej nocy.
Krystian, pospiesz się, bo się spóźnisz do szkoły. Jedziemy dzisiaj z Olkiem kupić mu garnitur, więc nas nie będzie jak wrócisz. Twój brat musi elegancko wyglądać na odebraniu nagrody.
Aleksander, jego „idealny” starszy brat. Wiecznie tylko „A Olek w twoim wieku to, a Olek tamto...” Straszne. Jakby jego tu nie było. Nikt też nie zauważyl zmian.
Skończył śniadanie i wyszedł na dwór. W dwie minuty był na przystanku autobusowym. Autobusowym? Coś mu świta, coś złego się zdarzyło poprzedniego wieczora. Było ciemno, a on...
Kryśka! - z rozmyślań wyrwał go głos jego najlepszego kumpla – coś ty taki zaspany? Dzisiaj mecz!
No tak, Rafał, zagorzały fan piłki nożnej. Potrafił godzinami opowiadać o róznych klubach i roztrząsać taktyki. A Krystian... on raczej nie był zbyt wysportowany, prawdę powiedziawszy był okropną łamagą, co przy każdej nadarzającej się okazji ich nauczyciel wuefu dobitnie udowadniał. Ale czego się nie robi dla przyjaźni?
Tak, już nie mogę się doczekać. Jak myślisz, kto wygra? - Tyle wystarczy, aby Rafał czuł się wysłuchany i zaczął opowiadać o poszczególnych zawodnikach przez najbliższe trzy godziny.
Krystian westchnął w duchu, bo nauczycielka historii zaczęła odpytywanie, a on, oczywiście zapomniał się nauczyć. Rozejrzał się po klasie, na twarzy każdego widniała mina „Tylko Nie Ja”. Pani Falecka zauważyła jego spojrzenie.
Rostowski! Gdzie, według mitologii greckiej znajdowała się kuźnia Hefajstosa?
Przecież gdzieś o tym słyszał. W Troi? Na Olimpie? Już po nim.
W kraterze Etny proszę pani. - odpowiedź popłynęła automatycznie, jakby to mówił ktoś inny. Nauczycielka wyglądała na zdziwioną.
Co tam wykuwano?
Pioruny dla Zeusa, proszę pani.
Kto pomagał Hefajstosowi?
Cyklopi, proszę pani.
Gdzie była uwięziona reszta cyklopów?
W Tartarze, proszę pani.
Hm, no dobrze, coś tam umiesz. Siadaj.
Nie obchodziły go spojrzenia rzucane w jego stronę, schował twarz w dłonie i zastanowił się nad tym, co się stało. Niby nic, ktoś mu to kiedyś mówił, ale on to już dawno zapomniał. Jak to się stało, że nagle go olśniło? Dziwne.
Stary, to było niesamowite, ale ją zagiąłeś! A wiesz, przypomniało mi się jak raz Luis Suarez, wiesz który, zaskoczył wszystkich i podczas półfinałów...
Dzwonek go uratował przed wysłuchaniem długiej tyrady na temat piłkarza, o którym słyszał pierwszy raz w życiu. Chociaż, gdy przypomniał sobie, jaką mają ostatnią lekcję, to wolałby jednak słuchać. Jednym słowem, wuef.
Stawać w szeregu i wybieramy drużyny! Gramy dzisiaj w kosza!
No cudnie. Jak nic złamie sobie rękę twardą piłką albo, co gorsza, przez niego przegrają. Został wybrany ostatni.
Piłka leciała w jego stronę. O nie, zaraz znowu się zbłaźni. Kto normalny rzuca do niego, i to na środku boiska?! Te przemyślenia zajęły mu zaledwie ułamek sekundy. W następnym złapał pewnie piłkę, kozioł, wyskok, rzut... trafił. Naprawdę trafił. Drużyna spojrzała na niego zdumiona. W końcu ciszę przerwał Rafał.
Kryśka, dobrze! - pokazał mu uniesiony kciuk i pobiegł po piłkę.
W domu poszedł do łazienki i wszedł pod prysznic. Musiał się odstresować po tym wszystkim. Nagle poczuł ból w karku. Podszedł do lustra i zobaczył lekko zaróżowione blizny, jakby po batach, albo może, pazurach. Tylko skąd on to ma? Nie przypominał sobie, aby pogryzł go jakiś pies, albo żeby wpadł w jakieś zarośla, Chociaż, niezbyt pamiętał, co się działo poprzedniego wieczora, całkiem możliwe że po pijaku się gdzieś wywrócił i podrapał. Nie ma co się przejmować, trzeba tylko pilnować, żeby rodzice nic nie zauważyli, bo będzie miał niemałe kłopoty. Zszedł na dół i wstawił wodę na herbatę. Drzwi otworzyły się i weszła jego rodzinka. Rodzice byli najwyraźniej podekscytowani, a Olek niósł w rękach zafoliowany garnitur i uśmiechał się z pobłażaniem.
Co tam w szkole?
Trafiłem do kosza na wuefie i dobrze odpowiedziałem na historii.
E tam, twój brat w twoim wieku był kapitanem drużyny, a w szkole miał same piątki. Postarałbyś się bardziej.
W nocy źle spał. Dręczyły go koszmary o czerwonych oczach wyłaniających się z mroku.
Subskrybuj:
Posty (Atom)